Ayano : Dzięki~~ mi też się podoba ^ ^"
Poza tym błędy... na pewno wiele jest ich w tym rozdziale, ale... cóż... mimo wszystko zapraszam do czytania
*~*~*~*
Pain: *Następne dni upływały nam na
przygotowaniach do odbioru transportu z Londynu. W trzecim tygodniu
od naszego ostatniego spotkania z Indianinem jego młodszy brat
zachorował, podobnie jak część naszych ludzi. Nie potrafiliśmy
rozpoznać tej choroby objawiającej się nieustanną wysoką
gorączką. *
Itachi:
*Od kilku dni chodziłem jak struty.
Coś mnie niepokoiło, ale nie wiedziałem skąd to uczucie. Coś się
wydarzy, albo już się dzieje. Czyżby miało to związek z moim
bratem? Wolałem już nie zbliżać się do białych. Jakoś średnio
chciałem spotkać tego białowłosego i tego z bliznami... Ale to
uczucie*
Pain:
*Zwierzęta też chorowały. Odkryliśmy
że Indianie zatruli cześć naszej wody pitnej... próbowali się
nas pozbyć wszelkimi metodami. Wstąpiłem na chwilę do namiotów
pełniących rolę szpitali, każdy z nas musiał co kilka dni
przejść kontrole bo w wczesnym stadium choroba byłą łatwo
wyleczalna ziołami wcieranymi w dziąsła. Dostrzegłem że przy
łóżku czarnowłosego chłopca nieustannie siedzi młoda rudowłosa
siostra. Gdzie sie podział jego brat? *
Itachi:
*Postanowione. Zajadę tam sprawdzić
czy wszystko w porządku. Wsiadłem na konia i ruszyłem w kierunku
osadników. Gdy już miałem dość dobry widok, coś mi nie
pasowało. Na zewnątrz ludzi było mniej niż normalnie a też i ich
zachowanie było podejrzane.* Czemu tak wszyscy panikują? *Zapytałem
kowboja przy bramie*
-Nie panikują, boją się.
-Czego? Znowu Szoszoni? albo jakieś
inne plemię?
-A no, wodę nam potruli.
- Wodę...? *Zdziwiłem się. skoro
potruli... zaraza! złapałem kowboja za brzeg koszuli* co z nim?
żyje?
-Broń Panie, kto taki?!
-Mój brat *Powiedziałem, nie patrząc
na wet na niego, tylko obserwując otoczenie za nim*
-Nie wiem panie.
Pain:
*Spojrzeli mi w źrenice i byłem już
gotowy by opuścić to miejsce. Dobrze że zaraza nie przenosiła się
przez powietrze. Mały wyglądał naprawdę źle a siedząca przy nim
dziewczyna spoglądała zbolałym wzrokiem jakby już umarł.
Przeżegnałem się, jeżeli to nie pomoże to przynajmniej nie
zaszkodzi. *
Itachi:
*Puściłem kowboja* Gdzie macie namiot
szpitalny? *Wskazał ręką* „Prosto jak strzelił i po prawej
białe płachty.” *powiedział*
Pain:
*Mały poprosił o wodę a rudowłosa
podała mu miedziany kubek, w ostatniej chwili złapałem ją za
rękę.* Oszalałeś kobieto? Jest zakaz spożywania wody. *Wszyscy
musieliśmy sobie poradzić z pragnieniem dopóki nie sprawdzą jaka
cześć z naszych zasobów jest do tego zdatna. Może z małym było
tak źle bo ta kobieta wciąż poiła go tą trucizną? *
Itachi:
*Kiwnąłem głową i pojechałem w
tamtym kierunku. Zeskoczyłem w biegu z konia, otrzepałem ubranie i
uchyliłem połę namiotu. Aż dziw, że nikt mnie nie zatrzymał.*
Sasuke? *Zapytałem, wchodząc do środka. Złudne nadzieje, że brat
mnie powita jak zawsze, ale zawsze*
Pain:
*Chłopiec drgnął i zamajaczył w
języku którego nie byliśmy w stanie zrozumieć. Dziewczyna
przypadła do niego a ja wylałem pod nasze nogi odebraną jej wodę.
Zaraz za sobą usłyszałem szybkie kroki. *
Itachi:
Co mu jest? *Zapytałem, podchodząc do
mojego "znajomego" i jakiejś płomiennowłosej
dziewczyny.*
Pain:
Gorączkuję... *Odpowiedziałem po
chwili której potrzebowałem na przyzwyczajenie się do jego
obecności.* Od kilku dni *Dodała dziewczyna*
Itachi:
*Podszedłem do brata i położyłem mu
rękę na czole. Rozgrzane jak ognisko. Skrzywiłem sie* Robiliście
coś z tym?
Pain:
*Obaj spojrzeliśmy pytająco na
dziewczynę która odparła jakby tym zaniepokojona.* Podawaliśmy
zioła na oczyszczenie organizmu... Rumianek, szałwie...
Itachi:
Dajcie mi tą wodę *Powiedziałem
przerywając jej. Skoro to Indianie zatruli wodę... musi być
odtrutka*
Pain:
*Podała mu półmisek z wodą z
którego przed chwilą zaczerpnęła kubkiem.* To może być...
*Spojrzała na mnie nie pewnie* Ta woda. *Uzupełniłem jej
wypowiedź o informacje że nie wiemy które beczki zostały zatrute.
*
Pain:
*W sumie zgromadzenie takiej ilości
wody zajmie nam za dużo czasu gdybyśmy chcieli wymieniać wszystką.
*
Itachi:
*Wziąłem naczynie do ręki i
powąchałem. Skrzywiłem się* Wy nie czujecie, jak to śmierdzi?
*Zapytałem, ale średnio obchodziła mnie odpowiedź. Tak. Szoszoni
odpowiedzialni byli za to podtrtucie. Wybiegłem szybko z namiotu i
wskoczyłem na konia. Trzeba znaleźć składniki na odtrutkę*
Pain:
*Patrzyłem oniemiały na jego
gwałtowną reakcję. Czerwonowłosa pochyliła sie nad miską z wodą
a potem spojrzała na mnie pytająco. Przeczesałem dłonią włosy w
geście bezradności. Co ja mogłem pomóc, może uda mu się
uratować brata? A może nawet i naszych ludzi... *
Itachi:
*Do tych pieprzonych Szoszonów nie
miałem nawet co jechać. Na szczęście to była trutka, której
efekty już znałem na własnej skórze. Tylko, że minie pół
dnia, zanim wrócę ze składnikami na nią. Wodę też musiałem
znaleźć. Gdzie była ta jaskinia... Jechałem wzdłuż strumienia
i szukałem jaskini, w której kiedyś przyłapałem szamana na...
"zabawie" z jednym z moich kuzynów. Miejsce odwiedzin
średnio mi się podobało, ale niestety było nieuniknione.
Znalazłem. Teraz tą małą roślinkę odnaleźć. Wytężyłem
wzrok. Jest! Tylko czemu tak wysoko? Po kilku próbach ściągnąłem
ją. Jeszcze tylko woda i będę mógł spokojnie wracać*
Pain:
*Zawsze lubiłem być w centrum
wydarzeń nawet jako bezstronny świadek więc zostałem z siostrą
zakonną przy chorym dziecku i pomogłem jej z innymi chorymi ku
mojemu zdziwieniu na jednym z łóżek leżał Deidara. Wydawało mi
się że widziałem go jeszcze w pełni zdrów kilka godzin temu...?.
*
Itachi:
*Woda z pewnego źródła - jest. Kilka
roślinek, które dadzą odtrutkę na specyfik - są. Teraz czasem
wracać. Nie oszczędzałem konika. Wiedział, że od tego zależy
nie tylko ich życie ale także moje. wiedziałem też, że wytrzyma.
Był do tego szkolony. W mgnieniu oka przejechałem główną bramą
tak, że nawet kowboj przy niej się nie zdążył odwrócić.
Wszedłem do namiotu z bojową miną*
Pain:
*Z drugiego końca zacienionego
płachtami miejsca dostrzegłem że Itachi ponownie zjawił się w
namiocie. Obok łóżka Sasuke była już nie tylko młoda zakonnica
ale i nadzorujący wszystko doktor medycyny którego przywieźliśmy
z Londynu... znał się bardziej na trupach niż na żywych ludziach
ale odłożono to jako kwestię mało istotną. Dostrzegłem że
spogląda na chłopaka z nieprzychylną miną.*
Itachi:
Dajcie mi moździerz *Powiedziałem,
podchodząc do łóżka brata*
Pain:
*Lekarz zapytał się go co zamierza
zrobić. Usiadłem na łóżku w nogach trzymającego się za brzuch
Deidary*
Itachi:
*Spojrzałem na niego jak na głupiego
* Uratować brata.
Pain:
*Starzec zakomunikował że nie jest
odpowiedzialny za to dziecko więc nie będzie mu zabraniał
eksperymentów na nim.*
Itachi:
Dacie mi ten moździerz czy nie!
*Krzyknąłem. Ten... Lekarz... Był irytujący*
Pain:
*Dziewczyna w czerwonych włosach
podała mu to o co prosił a ja skrzywiłem się, nie przepadałem za
tym pseudo lekarzem.*
Itachi:
*Złapałem naczynie i zacząłem babrać
się w miksturach, których znajomość upoważniała do bycia
wodzem.Albo przynajmniej synem wodza.. Sasuke był za mały.
Rozdrabniałem roślinki i dodałem parę kropel wody, co dało mi
piękną zieloną maź. Wyciągnałem igłę i namoczyłem ja w mazi.
poczekałem aż nasiąknie, po czym podszedłem do brata.* To będzie
bolało ale nie bardzo. Bądź silny *Powiedziałem do brata w
rodzimym języku i wbiłem mu igłę w rękę. Zacisnął zęby a z
oczu popłynęły mu łzy, jednak nie krzyknął. Zuch chłopak.*
Pain:
*Zastanawiałem się czy to rodzaj
jakiegoś ich uzdrowicielskiego rytuału i czy wzywają przy tym
swoich nieistniejących bogów... *
Itachi:
*Pogłaskałem go po włosach.* Do
wieczora powinna mu spaść gorączka *Powiedziałem po angielsku.*
Rano będzie jak nowo narodzony.
Pain:
*"To sie okaże" oznajmił
scenicznie lekarz poprawiając okulary na wydatnym nosie. Podniosłem
sie i podszedłem do nich kilka kroków tak by lepiej widzieć
Indianina.*
Itachi:
*Patrzyłem jak mój brat zasypia. Jak
się obudzi, mnie tu już nie będzie. Może to ostatni raz kiedy się
widzimy? Machinalnie gładziłem go po włosach, nie zwracając uwagi
na otoczenie. Zacząłem gwizdać melodię kołysanki, którą
śpiewała nasza mama.*
Pain:
*Urażony lekarz oddalił się
pospiesznie a pozostałą siostra uważnie wpatrywała się w
przybysza i dostrzegłem że wygląda na urzeczoną. Ja również go
obserwowałem ale to dlatego że zadziwił mnie sposób w jaki odnosi
się do brata, to było... Dziwne.*
tachi:
Śpij dobrze Sasuke, i żyj jak
najlepiej * powiedziałem, odwróciłem się i skierowałem się ku
wyjściu.*
Pain:
Hej... *Zawołałem go i wyszedłem za
nim na zewnątrz. *
Itachi:
Hm? *Zapytałem, unosząc brew. Czego
on ode mnie chciał?*
Pain:
*Odwrócił się do mnie a ja nie
pamiętałem słów jakich chciałem użyć. * E to... *Głupie
pomysły tego blondyna chyba za bardzo mi się udzieliły.* Wybacz,
już nic. *Skapitulowałem i odwrócił się maszerując na powrót
do namiotu z skrzywioną miną. O co ja chciałem zapytać? A tak.
"hej, to prawda że pozabijałeś wszystkich współplemieńców?
A czemu brata nie? Bo wiesz, to mnie nurtuje. "*
Itachi:
*Spojrzałem na nim, ale się nie
odezwałem. Po chwili jednak jeszcze wsadziłem głowę do
namiotu*Jakbyście chcieli poratować resztę...
Pain:
*Kilka sióstr zakonnych zwróciło na
niego wzrok*
Itachi:
Jakbyście, to ten tu *Wskazałem na
kowboja o dziwnym kolorze włosów* Wie gdzie mnie znaleźć *I już
mnie nie było*
Pain:
*Otworzyłem usta bo ludzie spojrzeli
na mnie w dziwny sposób. Tak jak sie patrzy na szpiega albo
kolaboranta *
Itachi:
*Wracałem trochę bardziej odprężony
i już kawałek za... osadą, zwolniłem, dając konikowi przerwy.*
Wieczorem pójdziemy nad rzekę się wykąpać, co? *Zaproponowałem
mu a on kiwnął łebkiem*
Pain:
*Dzień się dobrze nie zakończył a
poprawy w zdrowiu chłopca były widoczne gołym okiem. Następnego
dnia wysłano mnie jako a do Indianina. Kiedy siodłałem konia
zastanawiałem się na Boga skąd mam wiedzieć gdzie on jest?
poprzednim razem drogę wskazało mi ognisko i jeżeli nie zmienił
miejsca obozowania i tak nie odnajdę ponownie do niego drogi.*
Daj mi więcej *o*
OdpowiedzUsuń~Aya.
28 yr old Community Outreach Specialist Isabella Ferraron, hailing from Maple Ridge enjoys watching movies like Major League and Air sports. Took a trip to Three Parallel Rivers of Yunnan Protected Areas and drives a XF. Strona glowna
OdpowiedzUsuń