poniedziałek, 11 marca 2013

Tatuaż Arthura

Przypomniałam sobie o opkach z APH.
Jakby ktoś chciał poczytać... To zapraszam~

*~*~*

Rok 1960 był rokiem pełnym dziwności. Zawsze lubiłem dobrą muzykę. A wtedy zaczęło się. Znajomy zabrał mnie na koncert zespołu... Jak im było? A tak właśnie: „The Beatles". Fajni chłopcy. Ale szybko się skończyło. Znudziła mi się ta kapela.
Osiem lat potem Przyjaciółka odnalazła Zespół, który trochę bardziej przypadł mi do gustu. „Led Zeppelin". Idąc któregoś dnia do pracy, nuciłem sobie „Bomble on". Szło to jakoś tak:
„Mine's a tale that can't be told,
My freedom I hold dear.
How years ago In days of old,
When magic filled the air.
T'was In the darkest depths of Mordor,
I met a girl.."
„Nie mogę skończyć piosnki ci,
zbyt droga jest mi wolność bowiem.
Wiele lat temu za dawnych dni,
gdy magia była bogiem,
w ciemnych czeluściach krainy Mordor,
spotkałem pannę..."
I tak dalej... A właśnie wtedy przechodziłem obok jakiejś ważnej osobistości, co to się niezbyt lubiła w heavy metalu. Oberwałem po uszach.
- Nie powinieneś być zwolennikiem tej muzyki. W ogóle nie powinieneś żadnego rodzaju słuchać - powiedział owy jegomość. A myślałem, że jestem wolnym krajem...
A potem się skończyło. Na długo dość. Sprawy urzędowe wnerwiały mnie jak mogły. Specjalnie dali mi Tyle do roboty. Kilka setek lat temu to dla mnie pracowano. Teraz ja mam dla nich pracować? Niedoczekanie!
Jak doszło do tego? Już mówię. Otóż wkurzyłem się na ten parlament. Jak cholera. Ubrałem swoje na wpół zdezelowane glany, czarną kurtkę i jakąś koszulkę. Jaką? Nie zwróciłem uwagi. Wiem, że na pewno był to 75... nie, 76 rok. Bodajże wsiadłem w autobus i pojechałem do Paryża. Wiem. Nienawidzę tego Francuza ale uznałem, że może da mi się tak we znaki, że wrócę do siebie z myślą, iż wolę parlament.
- O! Salut mon cheri! Co cię do mnie sprowadza? I czemu jesteś ubrany jak ostatnia fleja? Myślałem, że już dawno skończyłeś z Led Zeppelin.
- Może. Mogę u ciebie przenocować? Nienawidzę tych debili z parlamentu.
- Oui. Ale czy...
- Nie zadawaj pytań.
Zdjąłem buty i kurtkę. Poszedłem do jego kuchni i usiadłem na krześle. Nie nawidziłem jego domu, ale zawsze był lepszy niż te pałace u mnie. Nie, wróć. Jego rezydencja była zbyt romantyczna.
- Francis, nie wiesz, czy jakiś koncert się u ciebie nie szykuje? Ale z brzmieniem. Nie mam na myśli muzyki klasycznej - spytałem, gdy postawił przede mną kubek z herbatą i mleko. Spojrzałem kątem oka na zegarek. No tak. Już czwarta.
- Coś tam szykują - westchnął. - Jakoś jutro, podobno ma coś być. I to jeszcze kapela z twoich stron. Się Sex Pistols nazywają chyba. Coś w tym stylu.
- Czyli nocuję z przymusu - westchnąłem.
- Masz coś do spania? Albo na przebranie?
- Przyjechałem na żywioł - uśmiechnąłem się blado.
- Ech. Vous etes idiots. Dam ci coś na przebranie...
- Nie chcę twoich ciuchów. Pójde tak jak jestem.
- Miałem na myśli do spania.
- Chyba przeżyję - westchnąłem.

Następnego dnia Francis oznajmił, że idzie ze mną.
- Nie ma mowy - zaprotestowałem.
- Niby czemu? - zdziwił się. - Wszakże to mój kraj.
- Ty przecież nie lubisz kociej muzyki.
- I tak idę z tobą.
Gdy już mieliśmy wychodzić zlustrowałem jego ubiór. Debil.
- Kto normalny idzie na koncert w takich ciuchach? - spytałem go.
- A co jest w tym złego?
- Dobra. Idź jak chcesz, ale trzymaj się daleko ode mnie. Nie będę się do ciebie przyznawał.

Przebrał się. Ubrał jeansy, trampki i czarną koszulkę. Przynajmniej jak człowiek wyglądał. Poszliśmy w stronę miejsca koncertu. Przybyliśmy trochę za wcześnie, ale to pozwoliło mi uciec mu i stanąć przy samej scenie. A kiedy zespół wyszedł na scenę, ujrzałem czwórkę chłopców ze sterczącymi włosami i obdartymi ciuchami.
Spodobali mi się. Nie tylko z wyglądu ale i z głosu, który przypominał mi po prostu darcie mordy. W porównaniu do ostatnio słyszanych piosenek, byli ekstra.

Po koncercie znalazłem Francę przy wejściu.
- Mon ami! Wyglądasz, jakby cię z maglownicy wyciągnięto.
W sumie miał trochę racji. Oberwałem kilka razy od ludzi na tym koncercie. Bolało. A do domu wróciłem następnego dnia.

Wkurwiłem się, gdy po tygodniu nieobecności na obradach pieprzonego sejmu, wtargnęło mi do domu kilku gliniarzy i senatorów.
- Co jest?! - spytałem, ale nie uzyskałem odpowiedzi. Tak jak stałem, czyli w koszulce z flagą, w jeansach i na boso, zabrali mnie ze sobą do pałacu. - To już przesada! - krzyczałem. - Może dali byście mi się ubrać?!
Ale nie dali. Zabrali mnie do Sali tronowej. W sumie to znam pałac Buckingham lepiej niż ktokolwiek inny. Gdybym im się wyrwał, od razu znalazłbym jakiś skrót i wyszedłbym bez szwanku.
A tu ci niespodzianka. Nie udało mi się. Gdy otwierały się drzwi sali, pomyślałem o tym, że nie zdążyłem się jeszcze dzisiaj napić. I dobrze.
Postawili mnie przed królową. Na mój niekompetentny widok lekko się skrzywiła ale nic nie powiedziała.
- Królowo, co ode mnie chciałaś? - spytałem obcesowo. W końcu to ona wzywa mnie, gdy nie mam na to najmniejszej ochoty.
- Arthurze, czy mógłbyś się do mnie nie odzywać w ten sposób? - odparła.
- Oczywiście, jeżeli dowiem się, co spowodowało to nagłe, nieprzyjemne dla mojej osoby, wezwanie, bez możliwości przebrania się w coś bardziej stosownego.
- Otóż słyszano, iż byłeś na koncercie, czy jak to się tam nazywa, pewnego grubiańskiego zespołu, który podważa politykę państwa.
- Masz na myśli Sex Pistols? Fajni chłopcy...
- Nie pozwolono ci mówić!- krzyknął w moją stronę jeden z senatorów. Królowa i ja zgromiliśmy go wzrokiem tak, że spuścił głowę.
- A więc jak mówiłem, jest to zespół, który mi się bardzo podoba i byle władca nie przeszkodzi mi w lubieniu tego, na co mam ochotę.
- Byle władca, powiadasz? - podniosła wysoko swoje brwi. Nie spodobało mi się to, ale odparłem:
- Tak. Byle władca. I jeszcze to wyciąganie z domu ot tak sobie. I chyba nie muszę być na każdych obradach, co nie? Wkurzacie mnie powoli. W końcu to ja jestem tu państwem, a wy tylko ludźmi, którym pozwolono być tu władzą. Jeśli będę chciał, to zrobię co chcę. To wolny kraj. A ja tym krajem jestem. Więc Goodbye!
Odwróciłem się i nie zatrzymywany przez nikogo po prostu wyszedłem. Zauważyłem, że idąc zostawiałem ślady na kafelkach. Cóż. Miałem bose nogi. Znalazłem mój ulubiony skrót, z którego niewielu zdawało sobie sprawę i wyszedłem na dwór. Teraz głupio mi było iść bez butów po trawie ale w tamta stronę mnie nieśli. Bywa.
Wszedłem do swojego domku, zamknąłem drzwi i włączyłem muzykę. Rzuciłem się na łóżko i zasnąłem.

Chyba z pół roku później całe państwo zaczęło przygotowywać się do srebrnego jubileuszu królowej. Mimo mojej buntowniczej natury i chęci uczestnictwa w koncertach tamtej grupy, nałożyłem na twarz maskę, którą Elizabeth II kochała. Tą podporządkowaną.
Ale ja byłem tego dnia, dnia jubileuszu, wkurwiony jak nigdy. Świetna piosenka Pistolsów „God Save the Queen" była na drugim miejscu listy hitów. Mimo, iż była przeróbką naszego hymnu, z którego byłem dumny jak nigdy, bardziej przypadła mi do gustu punkowa wersja. A nawet mnie rozśmieszała. Bo czemu by nie? W końcu w tekście jest:
„There is no future in England's dreaming"
„Nie ma przyszłości w marzeniach Anglii".
Przecież to o mnie. Ale władze to co innego. Debile. Jeżeli mnie to nie przeszkadza... A! Właśnie! Przecież ja nie mam nic do gadania... Co tam! „God Save the Queen!"

Następnego dnia w domu wygrzebałem ze strychu swój bas. Spojrzałem na niego i odłożyłem na łóżko. Znalazłem też gitarę elektryczną. Nie pamiętam skąd tam się wzięła, ale uznałem, że dzisiaj ją wezmę. Zacząłem więc stroić instrument. Poszło gładko. Podłączyłem ją do wzmacniacza w sypialni. Szarpnąłem każdą strunę po kolei. Wyciągnąłem skrzętnie zapisany tekst piosenki z ewentualnym zaznaczeniem układu rąk obok. Poprosiłem o nie Sida Viviousa i Jonnego Rottena po którymś tam koncercie. W sumie oni nie uznają władzy i tak dalej, ale jak skapnęli się, że jestem Anglią, to się zgodzili. Bo skoro kraj lubi ich muzykę, to czemu nie?
W ten sposób zacząłem uczyć się grać ulubioną piosenkę. Następnego dnia potrafiłem już prawie całą, więc zacząłem dodawać wokal .Podłączyłem sobie mikrofon i udawałem, że jestem na koncercie. Po jakiejś godzinie, wrzeszczałem jak opętany. Wspominałem, że pałac stoi ze sto metrów od mojego domu?
Wtargnęli do mojego domu z pałami policyjnymi.
- O kurwa... - jęknąłem padając pod uderzeniem pały.
Spojrzałem na atakujących. - Za co?
- Twoje śpiewogry zakłócają porządek dnia królowej.
- A chuj mnie ona obchodzi. I to niby moja wina, że chcieliście pałac tak blisko mojego domu wybudować?
- Chyba nie moja.
- Twoich przodków - warknąłem.
A potem zobaczyłem, jak jeden z dryblasów łamie moją gitarę na kolanie.
- Fucking shit! Co to ma znaczyć!?
- Żebyś już więcej nie przeszkadzał królowej - powiedzieli i wyszli.

To przelało szalę. Tak być nie mogło. Zacząłem się pakować. Napisałem na kartce, ze wyjechałem i nie wiem kiedy wrócę, i powiesiłem ją na drzwiach domu. Zabrałem bas i wsiadłem do autobusu. Nawet nie zauważyłem, że zakładam na siebie koszulkę z flagą i czerwoną „A" na niej. Właśnie anarchia by się tu przydała. Przynajmniej na kilka chwil. Moje super trampki były w torbie. Uznałem, że na razie założę glany. Będzie się czym bronić.
Pod wieczór byłem w najgorszej dzielnicy Londynu. Tu zawsze kręcili się podejrzani ludzie. Znalazłem Tatuażystę. Postanowiłem zrobić coś naprzeciw. Na opak. Znalazłem wśród wzorów super gitarę elektryczną. Tatuażysta pokazał mi, jak będzie wyglądać, na swoim ramieniu miał identyczną.
- Sam ją sobie wytatuowałeś? - zapytałem. Przytaknął.
- Tylko gdzie pan sobie ją życzy. I w jakich kolorach?
- Czerwono białą ze stalowymi strunami i dodatkami czerni - wypaliłem automatycznie. - A gdzie? Chciałbym na ramieniu, ale będzie zbyt widoczna.
- Dla mnie to bez różnicy - powiedział Tatuażysta pokazując mi swojego złotego zęba zamiast dolnej dwójki. - Nawet na tyłku mogę zrobić. Tylko to kosztuje.
- Ile?
- Na tyłku? Pięćdziesiąt.
- Spoko. Niech będzie. Na prawym pośladku.
- A wiesz, że przez dłuższy cza nie będziesz mógł siedzieć?
- Co mi tam. Żyje się raz - powiedziałem ale w myślach dodałem „a ja szczególnie długo". - myślę, że gryf może wystawać trochę na dół pleców. W stronę kręgosłupa.
Kazał mi się położyć w dziwnej pozycji i zdjąć spodnie. Zaczął rysować. Po godzinie pokazał mi szkic. Byłem zadowolony. Po chwili zaczął mnie nakłuwać. Bolało jak cholera.
- Kurwa - jęknąłem.
- Nie mówiłem, że to boli? - spytał.
- Nie takie rzeczy przeżyłem - odparłem. - Ty nie przegrałeś z amerykanami o niepodległość.
- Tak podejrzewałem - mruknął, ale go usłyszałem. - Ty jesteś Kirkland, co nie? Widziałem cię w gazetach. Jesteś naszym krajem. A ja cię tatuuję. Kto by pomyślał?
- Pomyślał. Tak, to ja. I co z tego? Jak komuś powiesz, ze mnie tu widziałeś, to osobiście obetnę ci głowę.
- Oj. Przepraszam. Po prostu się zamyśliłem. Wybacz staremu Jackowi. Ma problemy po prostu. Ostatnio rzadko do mnie przychodzą po tatuaże. Tylko zaufani klienci.
- Dobrze już. Po prostu nie mów, że robiłeś mi tatuaż w takim miejscu, oke?
- A podpiszesz mi flagę? Zawsze byłem w jakimś tam stopniu patriotą.
- Dobra. Zobaczy się - westchnąłem i zacisnąłem zęby.

Trzy godziny później Tatuaż był skończony. Podobał mi się. Gryf trochę wystawał poza linię bielizny ale to nic. Była super. Taka jaka mi się wymarzyła. A nawet lepsza. Zapłaciłem i podpisałem flagę Jacka. Gdy spojrzałem na podpis tradycyjny, postanowiłem poniżej podpisać się jeszcze raz imieniem, tylko że tym razem A zakreśliłem w kółeczko. Znak anarchii. Bezkrólewie i bez prawie. Uścisnęliśmy sobie dłonie i powiedziałem, że jeżeli zdecyduję się na jakiś dodatkowy tatuaż to zwrócę się do niego.
Jack polecił mi kosmetyczkę w dzielnicy, która zajmowała się przebijaniem uszu i robiła to w miarę sterylnie. Poprosiłem o trzy dziurki w prawym uchu. Jedną normalną i dwie w chrząstce. W normalnej założyła mi kółeczko a przez tamte dwie przełożyła agrafkę. Uśmiechała się przy swoim dziele, a na koniec powiedziała:
- Teraz wyglądasz prawie jak punk.
- A czego mi jeszcze brakuje? - spytałem.
- Czerwonych sznurówek - odparła, rzucając z resztą czerwone sznurówki na stół. - Do kompletu - uśmiechnęła się.

Cieszyłem się, że nikt nie ukradł mi mojego basu. Bym wtedy nie przeżył. I chociaż wiem, że był to zły pomysł, to wolałem nie popadać w totalną paranoję i nie dokończyłem dzieła. Póki co tyle wystarczało.
Nad ranem dalej trzeźwy, jechałem w stronę Paryża. Nie wiem dlaczego. To pierwsze miejsce, które mi wtedy na myśl przyszło. Późnym rankiem byłem na miejscu. Widok brudnego punkowca budził lęk i obrzydzenie, ale się tym średnio przejmowałem. Punk w końcu znaczy „coś bezwartościowego, gówniarz, śmieć czy zgnilizna". Wszystkie te określenia w tym momencie pasowały do mojego humoru. A niedługo potem z moim basem na ramieniu i torbą na ubrania w ręce, znalazłem się przed rezydencją Francuza. Zadzwoniłem do drzwi. Po chwili usłyszałam szczęk zamka i moim oczom ukazał się zaspany Francis z nieuczesanymi włosami, trzydniowym zarostem, bez koszuli, którą wyjątkowo ubrał oraz w samych spodniach od dresu. Widząc mnie od razu obudził się
- O mon Dieu! Jak ty wyglądasz Anglerte?! Co się stało z tobą?!
- Przeszedłem metamorfozę związaną z anarchią i tak dalej. Mogę się u ciebie zdrzemnąć? Nie spałem od dłuższego czasu.
- Oczywiście. Ale...
- Żadnych pytań - odparłem. - Potem.
Zdjąłem buty i kurtkę, którą zarzuciłem na siebie w nocy. Zabrałem torbę oraz bas i ruszyłem za Francisem do pokoju gościnnego. Poszedłem do łazienki obejrzeć się. Stacy, która przebijała mi ucho, wykonała dobrą robotę. Nawet mi ucho nie krwawi. Mówiła też, że powinna wcześniej dać mi inne kolczyki, ale uznałem, że nie mam tyle czasu więc od razu założyła te. Rozebrałem się, bo postanowiłem jednak wziąć prysznic mimo wszystko. Musiałem zmyć z siebie troski, które przybyły tu za mną. Spojrzałem tylko jeszcze na swój pośladek. Ta gitara była super. Trochę żałowałem, że nie jest w innym miejscu, ale najwyżej kiedyś wytatuuję sobie coś bardziej widocznego.
Po prysznicu założyłem tyko świeżą bieliznę i wskoczyłem do łóżka. Bonnefoy miał dzisiaj jakieś sprawy do załatwienia, więc do wieczora miało go nie być. A ja zasnąłem szybko.

Obudziłem się pod wieczór. Ubrałem spodnie i narzuciłem koszulkę na siebie. Założyłem też jakieś skarpetki i zszedłem na dół. Udałem się do kuchni. Zaskoczył mnie widok Gilberta, który siedział przy stole.
- Co tu robisz? - zapytaliśmy się jednocześnie. On też był zaskoczony.
- I? - odparłem pierwszy. - Ot tak tu przyjechałem. Nie mogę? A ty?
- Ich? Przyjechałem, bo miałem sprawę, ale Francuza nie zastałem. A ty tutaj spałeś?
- Skąd wiesz?
- Bo tak sobie włosy potargałeś, i w ogóle.
- Może. I co z tego?
- Podoba mi się twój kolczyk - powiedział zmieniając temat. - Jak to się u was nazywa? Punk?
- Ta. A co ci do tego?
- Nic. Fajnie to sobie obmyśliliście.
Postanowiłem go ignorować i postawiłem sobie wodę na herbatę. Gdy zegar wybił szóstą, Francis wrócił do swojej rezydencji. Zaskoczyła go obecność nas obu w kuchni przy herbacie, ale dosiadł się. Zwrócił się najpierw do mnie:
- Jak się spało, Anglerte?
- Dobrze - odparłem. Potem zaczął rozmawiać z Gilbertem. Niezbyt się interesowałem jego słowami, ale wyłapując pojedyncze słowa, zacząłem się ciekawić. Usłyszałem między innymi: gitara, zespół i perkusja oraz brak basu.
- Właściwie to o czym gadacie - spytałem otrząsając się z zadumy.
- Zespole rockowym - odparł Prusak. - A bo co?
- Szukasz basisty?
- Tak jakoś się składa.
- Znam dość dobrego.
- Kto?
- Jak to po waszemu? Ich?
- Ty?
- Yhym. Nawet bas mam własny - uśmiechnąłem się.
- Zobaczymy. A coś zagrasz? - zapytał, ale mnie już tam nie było. Pobiegłem po instrument. W sumie to nie miałem wzmacniacza, ale zawsze coś tam zagrać mogłem. Postanowiłem spróbować „God Save the Queen". Gdy skończyłem dopiero wtedy skapnąłem się, iż przez całą piosenkę odruchowo śpiewałem. Spotkałem się z uznaniem ze strony słuchaczy.
- Nawet masz fajny wokal - przyznał Gilbert.

I tak trafiłem do zespołu. Jak się okazało, cokolwiek dziwnego. Byłem basistą ale wrobili mnie w niektóre partie śpiewane. A było nas czworo. Gitarzystą był Gilbert. Na perkusji grał Antonio. W sumie niezbyt się zdziwiłem, że wokalem prowadzącym był Francis na zmianę z Gilbertem. A dodatkowo Bonnefoy czasami grał też na gitarze. Tego bym się nie spodziewał nigdy. Cóż...

Nigdy nie wydaliśmy płyty. Czasem zdarza nam się grać razem, ale bez jakiejś konkretnej przyszłości. A dlaczego nie wyszło? Wkurwiłem się. Któregoś dnia po udanym koncercie mieliśmy imprezę w domu Francuza. Popijawa w jakiej dawno nie brałem udziału. Wszyscy byliśmy wstawieni. Lovino odebrał Antonia dość wcześnie, bo po połowie imprezy, tłumacząc, że brak mu go. Gilberta zabrał brat, kiedy Prusak zaczął się rzucać. I tak zostałem z Francisem sam na sam. Wiem. Po pijaku jestem uległy. Nagle jego twarz pojawiła się przy mojej. Pocałował mnie delikatnie. Oddałem pocałunek. Niewiele myśląc zaczęliśmy się całować. Jak wiadomo francuski pocałunek jest znany na całym świecie. Ja sam pierwszy raz go doświadczyłem. Potem jakoś pozbywaliśmy się ubrań i kierowaliśmy się w stronę jego sypialni. A byłem tam pierwszy raz. Miał na środku takie duże łóżko, na którym leżeliśmy w samej bieliźnie. A potem jej też się pozbyliśmy. Chyba nigdy nie byliśmy tak blisko.
- Masz tatuaż? - mruknął zdziwiony całując mnie po linii kręgosłupa. Jęknąłem, bo zaczął wodzić językiem po strunach mojego tatuażu. Czułem to. Jego język zjechał pomiędzy moje pośladki. Potem poczułem go w środku. Mimo woli jęknąłem. A potem jęczałem przez długi czas czując coś innego w sobie.

Rano obudziłem się  z bólem głowy jakiego dawno nie czułem.
- Kurwa mać - jęknąłem.
- Co jest, mon cheri? - spytał Francis przytulając się do mnie.
- Czy my...?
- Oui - odparł.
Wtedy zacząłem mieć wszystkiego dość. Odepchnąłem Francuza i poszedłem nie ubierając się do łazienki, by zmyć z siebie jakieś ślady. Ubrałem się w to, w czym do niego przyjechałem, złapałem bas i włożyłem do torby rzeczy, które mi się napatoczyły pod rękę. Zapiąłem bagaż i w przedpokoju zacząłem sznurować trampki.
- Już wyjeżdżasz? - spytał Bonnefoy, stając w swoim niebieskim szlafroku w drzwiach hallu. - A co z rzeczami, które na pewno zostawiłeś?
- Prześlesz pocztą -odparłem. - Goodbye - powiedziałem na pożegnanie i wyszedłem.

Gdy wróciłem do domu, królowa, gdy mnie zobaczyła w ogrodach, takiego brudnego (bo zostałem trzy razy zrzucony na kurz i w ogóle), obdartego (moje ubrania wyglądały jak po bijatyce) i okolczykowanego, po prostu zemdlała. Bas spokojnie odłożyłem na stojak w sypialni, torbę rzuciłem do łazienki, rozebrałem się i wziąłem prysznic. Wyciągnąłem kolczyki z ucha. Założyłem piżamę i położyłem się spać. A niech odeśpię wszystko.

Tak właśnie kończy się historia mojego tatuażu. A nawet powiedziałem Wam aż nad to. Oczywiście Punk i Anarchia ciągle liczą się dla mnie. Są jakby ideałami, które chciałbym rozwijać. To jakieś spaczenie z czasów pirackich grabieży. Jednak póki co nie mogę sobie pozwolić na powrót tego życia. Jestem człowiekiem, na którego liczy wielu. W końcu kraj jest wzorem dla dzieci. A byś patriotą to najwyższy ideał.
Jednak...

„Anarchy for the UK
It's coming sometime and maybe
I give a wrong time stop at traffic line.
Your future dream is a shopping scheme.
Cause I
I wanna be
Anarchy"

„Anarchia w Królestwie
nadejdzie kiedyś i może
w złym miejscu zaparkuję wóz.
Marzenia o przyszłości
to tylko lista zakupów,
bo ja
chcę być
ANARCHIĄ!"
*~*~*
Słowniczek

God Save the Queen - (ang./ br.)Boże, chroń królową
Fucking shit - (ang./ br.) Pieprzone gówno
I - (ang./ br.) Ja
Mon - (franc.) mój
Dieu - (franc.) Bóg
Cheri  - (franc.) Kochanie
Ami - (franc.) przyjaciel
Salut - (franc.) Cześć
Oui - (franc.) tak
Vous etes idiots - (franc.) Jesteś idiotą
Anglerte - (franc.) Anglia
Ja - (niem.) tak
Ich - (niem.) ja

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz