Przypomniałam sobie o opkach z APH.
Jakby ktoś chciał poczytać... To zapraszam~
*~*~*
Rok 1960 był rokiem pełnym dziwności. Zawsze lubiłem dobrą muzykę. A
wtedy zaczęło się. Znajomy zabrał mnie na koncert zespołu... Jak im
było? A tak właśnie: „The Beatles". Fajni chłopcy. Ale szybko się
skończyło. Znudziła mi się ta kapela.
Osiem lat potem Przyjaciółka
odnalazła Zespół, który trochę bardziej przypadł mi do gustu. „Led
Zeppelin". Idąc któregoś dnia do pracy, nuciłem sobie „Bomble on". Szło
to jakoś tak:
„Mine's a tale that can't be told,
My freedom I hold dear.
How years ago In days of old,
When magic filled the air.
T'was In the darkest depths of Mordor,
I met a girl.."
„Nie mogę skończyć piosnki ci,
zbyt droga jest mi wolność bowiem.
Wiele lat temu za dawnych dni,
gdy magia była bogiem,
w ciemnych czeluściach krainy Mordor,
spotkałem pannę..."
I tak dalej... A właśnie wtedy przechodziłem obok jakiejś ważnej
osobistości, co to się niezbyt lubiła w heavy metalu. Oberwałem po
uszach.
- Nie powinieneś być zwolennikiem tej muzyki. W ogóle nie
powinieneś żadnego rodzaju słuchać - powiedział owy jegomość. A
myślałem, że jestem wolnym krajem...
A potem się skończyło. Na długo
dość. Sprawy urzędowe wnerwiały mnie jak mogły. Specjalnie dali mi Tyle
do roboty. Kilka setek lat temu to dla mnie pracowano. Teraz ja mam dla
nich pracować? Niedoczekanie!
Jak doszło do tego? Już mówię. Otóż
wkurzyłem się na ten parlament. Jak cholera. Ubrałem swoje na wpół
zdezelowane glany, czarną kurtkę i jakąś koszulkę. Jaką? Nie zwróciłem
uwagi. Wiem, że na pewno był to 75... nie, 76 rok. Bodajże wsiadłem w
autobus i pojechałem do Paryża. Wiem. Nienawidzę tego Francuza ale
uznałem, że może da mi się tak we znaki, że wrócę do siebie z myślą, iż
wolę parlament.
- O! Salut mon cheri! Co cię do mnie sprowadza? I
czemu jesteś ubrany jak ostatnia fleja? Myślałem, że już dawno
skończyłeś z Led Zeppelin.
- Może. Mogę u ciebie przenocować? Nienawidzę tych debili z parlamentu.
- Oui. Ale czy...
- Nie zadawaj pytań.
Zdjąłem buty i kurtkę. Poszedłem do jego kuchni i usiadłem na krześle.
Nie nawidziłem jego domu, ale zawsze był lepszy niż te pałace u mnie.
Nie, wróć. Jego rezydencja była zbyt romantyczna.
- Francis, nie
wiesz, czy jakiś koncert się u ciebie nie szykuje? Ale z brzmieniem. Nie
mam na myśli muzyki klasycznej - spytałem, gdy postawił przede mną
kubek z herbatą i mleko. Spojrzałem kątem oka na zegarek. No tak. Już
czwarta.
- Coś tam szykują - westchnął. - Jakoś jutro, podobno ma
coś być. I to jeszcze kapela z twoich stron. Się Sex Pistols nazywają
chyba. Coś w tym stylu.
- Czyli nocuję z przymusu - westchnąłem.
- Masz coś do spania? Albo na przebranie?
- Przyjechałem na żywioł - uśmiechnąłem się blado.
- Ech. Vous etes idiots. Dam ci coś na przebranie...
- Nie chcę twoich ciuchów. Pójde tak jak jestem.
- Miałem na myśli do spania.
- Chyba przeżyję - westchnąłem.
Następnego dnia Francis oznajmił, że idzie ze mną.
- Nie ma mowy - zaprotestowałem.
- Niby czemu? - zdziwił się. - Wszakże to mój kraj.
- Ty przecież nie lubisz kociej muzyki.
- I tak idę z tobą.
Gdy już mieliśmy wychodzić zlustrowałem jego ubiór. Debil.
- Kto normalny idzie na koncert w takich ciuchach? - spytałem go.
- A co jest w tym złego?
- Dobra. Idź jak chcesz, ale trzymaj się daleko ode mnie. Nie będę się do ciebie przyznawał.
Przebrał
się. Ubrał jeansy, trampki i czarną koszulkę. Przynajmniej jak człowiek
wyglądał. Poszliśmy w stronę miejsca koncertu. Przybyliśmy trochę za
wcześnie, ale to pozwoliło mi uciec mu i stanąć przy samej scenie. A
kiedy zespół wyszedł na scenę, ujrzałem czwórkę chłopców ze sterczącymi
włosami i obdartymi ciuchami.
Spodobali mi się. Nie tylko z wyglądu
ale i z głosu, który przypominał mi po prostu darcie mordy. W porównaniu
do ostatnio słyszanych piosenek, byli ekstra.
Po koncercie znalazłem Francę przy wejściu.
- Mon ami! Wyglądasz, jakby cię z maglownicy wyciągnięto.
W sumie miał trochę racji. Oberwałem kilka razy od ludzi na tym koncercie. Bolało. A do domu wróciłem następnego dnia.
Wkurwiłem się, gdy po tygodniu nieobecności na obradach pieprzonego sejmu, wtargnęło mi do domu kilku gliniarzy i senatorów.
-
Co jest?! - spytałem, ale nie uzyskałem odpowiedzi. Tak jak stałem,
czyli w koszulce z flagą, w jeansach i na boso, zabrali mnie ze sobą do
pałacu. - To już przesada! - krzyczałem. - Może dali byście mi się
ubrać?!
Ale nie dali. Zabrali mnie do Sali tronowej. W sumie to znam
pałac Buckingham lepiej niż ktokolwiek inny. Gdybym im się wyrwał, od
razu znalazłbym jakiś skrót i wyszedłbym bez szwanku.
A tu ci
niespodzianka. Nie udało mi się. Gdy otwierały się drzwi sali,
pomyślałem o tym, że nie zdążyłem się jeszcze dzisiaj napić. I dobrze.
Postawili mnie przed królową. Na mój niekompetentny widok lekko się skrzywiła ale nic nie powiedziała.
- Królowo, co ode mnie chciałaś? - spytałem obcesowo. W końcu to ona wzywa mnie, gdy nie mam na to najmniejszej ochoty.
- Arthurze, czy mógłbyś się do mnie nie odzywać w ten sposób? - odparła.
-
Oczywiście, jeżeli dowiem się, co spowodowało to nagłe, nieprzyjemne
dla mojej osoby, wezwanie, bez możliwości przebrania się w coś bardziej
stosownego.
- Otóż słyszano, iż byłeś na koncercie, czy jak to się
tam nazywa, pewnego grubiańskiego zespołu, który podważa politykę
państwa.
- Masz na myśli Sex Pistols? Fajni chłopcy...
- Nie pozwolono ci mówić!- krzyknął w moją stronę jeden z senatorów. Królowa i ja zgromiliśmy go wzrokiem tak, że spuścił głowę.
-
A więc jak mówiłem, jest to zespół, który mi się bardzo podoba i byle
władca nie przeszkodzi mi w lubieniu tego, na co mam ochotę.
- Byle władca, powiadasz? - podniosła wysoko swoje brwi. Nie spodobało mi się to, ale odparłem:
-
Tak. Byle władca. I jeszcze to wyciąganie z domu ot tak sobie. I chyba
nie muszę być na każdych obradach, co nie? Wkurzacie mnie powoli. W
końcu to ja jestem tu państwem, a wy tylko ludźmi, którym pozwolono być
tu władzą. Jeśli będę chciał, to zrobię co chcę. To wolny kraj. A ja tym
krajem jestem. Więc Goodbye!
Odwróciłem się i nie zatrzymywany
przez nikogo po prostu wyszedłem. Zauważyłem, że idąc zostawiałem ślady
na kafelkach. Cóż. Miałem bose nogi. Znalazłem mój ulubiony skrót, z
którego niewielu zdawało sobie sprawę i wyszedłem na dwór. Teraz głupio
mi było iść bez butów po trawie ale w tamta stronę mnie nieśli. Bywa.
Wszedłem do swojego domku, zamknąłem drzwi i włączyłem muzykę. Rzuciłem się na łóżko i zasnąłem.
Chyba
z pół roku później całe państwo zaczęło przygotowywać się do srebrnego
jubileuszu królowej. Mimo mojej buntowniczej natury i chęci uczestnictwa
w koncertach tamtej grupy, nałożyłem na twarz maskę, którą Elizabeth II
kochała. Tą podporządkowaną.
Ale ja byłem tego dnia, dnia
jubileuszu, wkurwiony jak nigdy. Świetna piosenka Pistolsów „God Save
the Queen" była na drugim miejscu listy hitów. Mimo, iż była przeróbką
naszego hymnu, z którego byłem dumny jak nigdy, bardziej przypadła mi do
gustu punkowa wersja. A nawet mnie rozśmieszała. Bo czemu by nie? W
końcu w tekście jest:
„There is no future in England's dreaming"
„Nie ma przyszłości w marzeniach Anglii".
Przecież
to o mnie. Ale władze to co innego. Debile. Jeżeli mnie to nie
przeszkadza... A! Właśnie! Przecież ja nie mam nic do gadania... Co tam!
„God Save the Queen!"
Następnego dnia w domu wygrzebałem ze
strychu swój bas. Spojrzałem na niego i odłożyłem na łóżko. Znalazłem
też gitarę elektryczną. Nie pamiętam skąd tam się wzięła, ale uznałem,
że dzisiaj ją wezmę. Zacząłem więc stroić instrument. Poszło gładko.
Podłączyłem ją do wzmacniacza w sypialni. Szarpnąłem każdą strunę po
kolei. Wyciągnąłem skrzętnie zapisany tekst piosenki z ewentualnym
zaznaczeniem układu rąk obok. Poprosiłem o nie Sida Viviousa i Jonnego
Rottena po którymś tam koncercie. W sumie oni nie uznają władzy i tak
dalej, ale jak skapnęli się, że jestem Anglią, to się zgodzili. Bo skoro
kraj lubi ich muzykę, to czemu nie?
W ten sposób zacząłem uczyć się
grać ulubioną piosenkę. Następnego dnia potrafiłem już prawie całą, więc
zacząłem dodawać wokal .Podłączyłem sobie mikrofon i udawałem, że
jestem na koncercie. Po jakiejś godzinie, wrzeszczałem jak opętany.
Wspominałem, że pałac stoi ze sto metrów od mojego domu?
Wtargnęli do mojego domu z pałami policyjnymi.
- O kurwa... - jęknąłem padając pod uderzeniem pały.
Spojrzałem na atakujących. - Za co?
- Twoje śpiewogry zakłócają porządek dnia królowej.
- A chuj mnie ona obchodzi. I to niby moja wina, że chcieliście pałac tak blisko mojego domu wybudować?
- Chyba nie moja.
- Twoich przodków - warknąłem.
A potem zobaczyłem, jak jeden z dryblasów łamie moją gitarę na kolanie.
- Fucking shit! Co to ma znaczyć!?
- Żebyś już więcej nie przeszkadzał królowej - powiedzieli i wyszli.
To
przelało szalę. Tak być nie mogło. Zacząłem się pakować. Napisałem na
kartce, ze wyjechałem i nie wiem kiedy wrócę, i powiesiłem ją na
drzwiach domu. Zabrałem bas i wsiadłem do autobusu. Nawet nie
zauważyłem, że zakładam na siebie koszulkę z flagą i czerwoną „A" na
niej. Właśnie anarchia by się tu przydała. Przynajmniej na kilka chwil.
Moje super trampki były w torbie. Uznałem, że na razie założę glany.
Będzie się czym bronić.
Pod wieczór byłem w najgorszej dzielnicy
Londynu. Tu zawsze kręcili się podejrzani ludzie. Znalazłem Tatuażystę.
Postanowiłem zrobić coś naprzeciw. Na opak. Znalazłem wśród wzorów super
gitarę elektryczną. Tatuażysta pokazał mi, jak będzie wyglądać, na
swoim ramieniu miał identyczną.
- Sam ją sobie wytatuowałeś? - zapytałem. Przytaknął.
- Tylko gdzie pan sobie ją życzy. I w jakich kolorach?
-
Czerwono białą ze stalowymi strunami i dodatkami czerni - wypaliłem
automatycznie. - A gdzie? Chciałbym na ramieniu, ale będzie zbyt
widoczna.
- Dla mnie to bez różnicy - powiedział Tatuażysta
pokazując mi swojego złotego zęba zamiast dolnej dwójki. - Nawet na
tyłku mogę zrobić. Tylko to kosztuje.
- Ile?
- Na tyłku? Pięćdziesiąt.
- Spoko. Niech będzie. Na prawym pośladku.
- A wiesz, że przez dłuższy cza nie będziesz mógł siedzieć?
-
Co mi tam. Żyje się raz - powiedziałem ale w myślach dodałem „a ja
szczególnie długo". - myślę, że gryf może wystawać trochę na dół pleców.
W stronę kręgosłupa.
Kazał mi się położyć w dziwnej pozycji i zdjąć
spodnie. Zaczął rysować. Po godzinie pokazał mi szkic. Byłem zadowolony.
Po chwili zaczął mnie nakłuwać. Bolało jak cholera.
- Kurwa - jęknąłem.
- Nie mówiłem, że to boli? - spytał.
- Nie takie rzeczy przeżyłem - odparłem. - Ty nie przegrałeś z amerykanami o niepodległość.
-
Tak podejrzewałem - mruknął, ale go usłyszałem. - Ty jesteś Kirkland,
co nie? Widziałem cię w gazetach. Jesteś naszym krajem. A ja cię
tatuuję. Kto by pomyślał?
- Pomyślał. Tak, to ja. I co z tego? Jak komuś powiesz, ze mnie tu widziałeś, to osobiście obetnę ci głowę.
-
Oj. Przepraszam. Po prostu się zamyśliłem. Wybacz staremu Jackowi. Ma
problemy po prostu. Ostatnio rzadko do mnie przychodzą po tatuaże. Tylko
zaufani klienci.
- Dobrze już. Po prostu nie mów, że robiłeś mi tatuaż w takim miejscu, oke?
- A podpiszesz mi flagę? Zawsze byłem w jakimś tam stopniu patriotą.
- Dobra. Zobaczy się - westchnąłem i zacisnąłem zęby.
Trzy
godziny później Tatuaż był skończony. Podobał mi się. Gryf trochę
wystawał poza linię bielizny ale to nic. Była super. Taka jaka mi się
wymarzyła. A nawet lepsza. Zapłaciłem i podpisałem flagę Jacka. Gdy
spojrzałem na podpis tradycyjny, postanowiłem poniżej podpisać się
jeszcze raz imieniem, tylko że tym razem A zakreśliłem w kółeczko. Znak
anarchii. Bezkrólewie i bez prawie. Uścisnęliśmy sobie dłonie i
powiedziałem, że jeżeli zdecyduję się na jakiś dodatkowy tatuaż to
zwrócę się do niego.
Jack polecił mi kosmetyczkę w dzielnicy, która
zajmowała się przebijaniem uszu i robiła to w miarę sterylnie.
Poprosiłem o trzy dziurki w prawym uchu. Jedną normalną i dwie w
chrząstce. W normalnej założyła mi kółeczko a przez tamte dwie
przełożyła agrafkę. Uśmiechała się przy swoim dziele, a na koniec
powiedziała:
- Teraz wyglądasz prawie jak punk.
- A czego mi jeszcze brakuje? - spytałem.
- Czerwonych sznurówek - odparła, rzucając z resztą czerwone sznurówki na stół. - Do kompletu - uśmiechnęła się.
Cieszyłem
się, że nikt nie ukradł mi mojego basu. Bym wtedy nie przeżył. I
chociaż wiem, że był to zły pomysł, to wolałem nie popadać w totalną
paranoję i nie dokończyłem dzieła. Póki co tyle wystarczało.
Nad
ranem dalej trzeźwy, jechałem w stronę Paryża. Nie wiem dlaczego. To
pierwsze miejsce, które mi wtedy na myśl przyszło. Późnym rankiem byłem
na miejscu. Widok brudnego punkowca budził lęk i obrzydzenie, ale się
tym średnio przejmowałem. Punk w końcu znaczy „coś bezwartościowego,
gówniarz, śmieć czy zgnilizna". Wszystkie te określenia w tym momencie
pasowały do mojego humoru. A niedługo potem z moim basem na ramieniu i
torbą na ubrania w ręce, znalazłem się przed rezydencją Francuza.
Zadzwoniłem do drzwi. Po chwili usłyszałam szczęk zamka i moim oczom
ukazał się zaspany Francis z nieuczesanymi włosami, trzydniowym
zarostem, bez koszuli, którą wyjątkowo ubrał oraz w samych spodniach od
dresu. Widząc mnie od razu obudził się
- O mon Dieu! Jak ty wyglądasz Anglerte?! Co się stało z tobą?!
- Przeszedłem metamorfozę związaną z anarchią i tak dalej. Mogę się u ciebie zdrzemnąć? Nie spałem od dłuższego czasu.
- Oczywiście. Ale...
- Żadnych pytań - odparłem. - Potem.
Zdjąłem
buty i kurtkę, którą zarzuciłem na siebie w nocy. Zabrałem torbę oraz
bas i ruszyłem za Francisem do pokoju gościnnego. Poszedłem do łazienki
obejrzeć się. Stacy, która przebijała mi ucho, wykonała dobrą robotę.
Nawet mi ucho nie krwawi. Mówiła też, że powinna wcześniej dać mi inne
kolczyki, ale uznałem, że nie mam tyle czasu więc od razu założyła te.
Rozebrałem się, bo postanowiłem jednak wziąć prysznic mimo wszystko.
Musiałem zmyć z siebie troski, które przybyły tu za mną. Spojrzałem
tylko jeszcze na swój pośladek. Ta gitara była super. Trochę żałowałem,
że nie jest w innym miejscu, ale najwyżej kiedyś wytatuuję sobie coś
bardziej widocznego.
Po prysznicu założyłem tyko świeżą bieliznę i
wskoczyłem do łóżka. Bonnefoy miał dzisiaj jakieś sprawy do załatwienia,
więc do wieczora miało go nie być. A ja zasnąłem szybko.
Obudziłem
się pod wieczór. Ubrałem spodnie i narzuciłem koszulkę na siebie.
Założyłem też jakieś skarpetki i zszedłem na dół. Udałem się do kuchni.
Zaskoczył mnie widok Gilberta, który siedział przy stole.
- Co tu robisz? - zapytaliśmy się jednocześnie. On też był zaskoczony.
- I? - odparłem pierwszy. - Ot tak tu przyjechałem. Nie mogę? A ty?
- Ich? Przyjechałem, bo miałem sprawę, ale Francuza nie zastałem. A ty tutaj spałeś?
- Skąd wiesz?
- Bo tak sobie włosy potargałeś, i w ogóle.
- Może. I co z tego?
- Podoba mi się twój kolczyk - powiedział zmieniając temat. - Jak to się u was nazywa? Punk?
- Ta. A co ci do tego?
- Nic. Fajnie to sobie obmyśliliście.
Postanowiłem
go ignorować i postawiłem sobie wodę na herbatę. Gdy zegar wybił
szóstą, Francis wrócił do swojej rezydencji. Zaskoczyła go obecność nas
obu w kuchni przy herbacie, ale dosiadł się. Zwrócił się najpierw do
mnie:
- Jak się spało, Anglerte?
- Dobrze - odparłem. Potem
zaczął rozmawiać z Gilbertem. Niezbyt się interesowałem jego słowami,
ale wyłapując pojedyncze słowa, zacząłem się ciekawić. Usłyszałem między
innymi: gitara, zespół i perkusja oraz brak basu.
- Właściwie to o czym gadacie - spytałem otrząsając się z zadumy.
- Zespole rockowym - odparł Prusak. - A bo co?
- Szukasz basisty?
- Tak jakoś się składa.
- Znam dość dobrego.
- Kto?
- Jak to po waszemu? Ich?
- Ty?
- Yhym. Nawet bas mam własny - uśmiechnąłem się.
-
Zobaczymy. A coś zagrasz? - zapytał, ale mnie już tam nie było.
Pobiegłem po instrument. W sumie to nie miałem wzmacniacza, ale zawsze
coś tam zagrać mogłem. Postanowiłem spróbować „God Save the Queen". Gdy
skończyłem dopiero wtedy skapnąłem się, iż przez całą piosenkę odruchowo
śpiewałem. Spotkałem się z uznaniem ze strony słuchaczy.
- Nawet masz fajny wokal - przyznał Gilbert.
I
tak trafiłem do zespołu. Jak się okazało, cokolwiek dziwnego. Byłem
basistą ale wrobili mnie w niektóre partie śpiewane. A było nas czworo.
Gitarzystą był Gilbert. Na perkusji grał Antonio. W sumie niezbyt się
zdziwiłem, że wokalem prowadzącym był Francis na zmianę z Gilbertem. A
dodatkowo Bonnefoy czasami grał też na gitarze. Tego bym się nie
spodziewał nigdy. Cóż...
Nigdy nie wydaliśmy płyty. Czasem zdarza
nam się grać razem, ale bez jakiejś konkretnej przyszłości. A dlaczego
nie wyszło? Wkurwiłem się. Któregoś dnia po udanym koncercie mieliśmy
imprezę w domu Francuza. Popijawa w jakiej dawno nie brałem udziału.
Wszyscy byliśmy wstawieni. Lovino odebrał Antonia dość wcześnie, bo po
połowie imprezy, tłumacząc, że brak mu go. Gilberta zabrał brat, kiedy
Prusak zaczął się rzucać. I tak zostałem z Francisem sam na sam. Wiem.
Po pijaku jestem uległy. Nagle jego twarz pojawiła się przy mojej.
Pocałował mnie delikatnie. Oddałem pocałunek. Niewiele myśląc zaczęliśmy
się całować. Jak wiadomo francuski pocałunek jest znany na całym
świecie. Ja sam pierwszy raz go doświadczyłem. Potem jakoś pozbywaliśmy
się ubrań i kierowaliśmy się w stronę jego sypialni. A byłem tam
pierwszy raz. Miał na środku takie duże łóżko, na którym leżeliśmy w
samej bieliźnie. A potem jej też się pozbyliśmy. Chyba nigdy nie byliśmy
tak blisko.
- Masz tatuaż? - mruknął zdziwiony całując mnie po linii
kręgosłupa. Jęknąłem, bo zaczął wodzić językiem po strunach mojego
tatuażu. Czułem to. Jego język zjechał pomiędzy moje pośladki. Potem
poczułem go w środku. Mimo woli jęknąłem. A potem jęczałem przez długi
czas czując coś innego w sobie.
Rano obudziłem się z bólem głowy jakiego dawno nie czułem.
- Kurwa mać - jęknąłem.
- Co jest, mon cheri? - spytał Francis przytulając się do mnie.
- Czy my...?
- Oui - odparł.
Wtedy
zacząłem mieć wszystkiego dość. Odepchnąłem Francuza i poszedłem nie
ubierając się do łazienki, by zmyć z siebie jakieś ślady. Ubrałem się w
to, w czym do niego przyjechałem, złapałem bas i włożyłem do torby
rzeczy, które mi się napatoczyły pod rękę. Zapiąłem bagaż i w
przedpokoju zacząłem sznurować trampki.
- Już wyjeżdżasz? - spytał
Bonnefoy, stając w swoim niebieskim szlafroku w drzwiach hallu. - A co z
rzeczami, które na pewno zostawiłeś?
- Prześlesz pocztą -odparłem. - Goodbye - powiedziałem na pożegnanie i wyszedłem.
Gdy
wróciłem do domu, królowa, gdy mnie zobaczyła w ogrodach, takiego
brudnego (bo zostałem trzy razy zrzucony na kurz i w ogóle), obdartego
(moje ubrania wyglądały jak po bijatyce) i okolczykowanego, po prostu
zemdlała. Bas spokojnie odłożyłem na stojak w sypialni, torbę rzuciłem
do łazienki, rozebrałem się i wziąłem prysznic. Wyciągnąłem kolczyki z
ucha. Założyłem piżamę i położyłem się spać. A niech odeśpię wszystko.
Tak
właśnie kończy się historia mojego tatuażu. A nawet powiedziałem Wam aż
nad to. Oczywiście Punk i Anarchia ciągle liczą się dla mnie. Są jakby
ideałami, które chciałbym rozwijać. To jakieś spaczenie z czasów
pirackich grabieży. Jednak póki co nie mogę sobie pozwolić na powrót
tego życia. Jestem człowiekiem, na którego liczy wielu. W końcu kraj
jest wzorem dla dzieci. A byś patriotą to najwyższy ideał.
Jednak...
„Anarchy for the UK
It's coming sometime and maybe
I give a wrong time stop at traffic line.
Your future dream is a shopping scheme.
Cause I
I wanna be
Anarchy"
„Anarchia w Królestwie
nadejdzie kiedyś i może
w złym miejscu zaparkuję wóz.
Marzenia o przyszłości
to tylko lista zakupów,
bo ja
chcę być
ANARCHIĄ!"
*~*~*
Słowniczek
God Save the Queen - (ang./ br.)Boże, chroń królową
Fucking shit - (ang./ br.) Pieprzone gówno
I - (ang./ br.) Ja
Mon - (franc.) mój
Dieu - (franc.) Bóg
Cheri - (franc.) Kochanie
Ami - (franc.) przyjaciel
Salut - (franc.) Cześć
Oui - (franc.) tak
Vous etes idiots - (franc.) Jesteś idiotą
Anglerte - (franc.) Anglia
Ja - (niem.) tak
Ich - (niem.) ja
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz