niedziela, 1 lipca 2012

Kolej żelazna. Prolog.


Ayano : Un. wybacz mi. Tak jak było nieco wcześniej zaznaczone - nie pisałam tego sama, a opowiadanie mimo wszystko było już zakończone. Ale oto przedstawiam kolejne opowiadanie~~ Które również jest już zakończone... Więc nie mogę zmieniać fabuły... Za bardzo ^ ^"
Mam nadzieję, że będzie się podobać.

Tym samym zmieniliśmy koncepcję z drugim autorem i wszystko pisane jest z różnych perspektyw. Na razie póki co są to perspektywy: Paina, Itachiego i Sasoriego.
W gwiazdkach umieszczona jest narracja, ponieważ tak właśnie tworzą się nasze opowiadania, a że jestem leniem, nie mam ochoty bawić się w myślniki = =" za dużo tego jest...

Zapraszam do czytania~~

*~*~*


Itachi: *Jako najstarszy syn wodza, byłem zobowiązany bronić plemienia. Od jakiegoś czasu biali przyjeżdżali na nasze tereny, zabijali nasze zwierzęta oraz nas. To chyba logiczne, że chcieliśmy ich za to zabić. Ich życie za nasze życie. Nad głowami plemienia kłębią się czarne chmury a coraz więcej Uchihów przechodzi do krainy wielkich łowów... Siedziałem na oklep na koniu i rozglądałem się ze skarpy. Z daleka widziałem jak blade twarze budowali tory pod konia żelaznego. Zabierali naszą ziemię, Zabierali nasze życie... Czego jeszcze chcą?!*

Pain: *Otworzyłem pierw jedno oko a potem drugie i pomimo iż czułem że moje powieki są podniesione ogarnęła mnie ciemność. Podniosłem się gwałtownie oślepiony tym piekielnym pustynnym słońcem, jak ja nienawidzę takiego upału... Jestem Brytyjczykiem a my nie przyzwyczajamy się do takiego klimatu przyjaznego prymitywnej ludności... kh. Zarzuciłem na siebie koszulę z białego lnu i wyczołgałem się z dziurawego namiotu na czworaka moi towarzysze musieli już być na służbie... ja jako cześć tego oddziału najemników też... powinienem. eh. *

Itachi: *Shisui zmienił mnie jak słońce górowało nad ziemią. Powiedział, że i tak zbyt dużo czasu spędzam na obserwacji. Oznajmiłem mu, że jeszcze podjadę trochę w kierunku bladych a potem wrócę do osady. Popędziłem konia i już po niedługim czasie mnie i obozowisko dzieliła odległość rzutu*

Pain: *Wylałem na głowę kubeł wody pochylając się nad żłobem wypełnionym wodą dla koni. Wyprostowałem się dopiero na głuche dźwięki kopyt niskiego gniada. Obok mnie niczym niemy duch pojawił się Sasori żując leniwie tytoń. Wymieniliśmy zdawkowe przywitania i podzielił się używką. Nasz obóz mieścił się niecały kilometr przy dławnych robotach kolejowych. Praca szła w tak zastraszającym tempie że gdybyśmy starali się towarzyszyć im nie odstępując na krok przenosilibyśmy się co drugi dzień. Sasori zdjął z głowy kapelusz i zobaczyłem że uważnie wpatruje się w przestrzeń za mną, podniósł strzelbę i wskazał nią czarny punkt na horyzoncie* Indianiec *Oznajmił beznamiętnie chyba tylko po to by powiedzieć cokolwiek bo samotny Apacz nie stanowił zagrożenia dla uzbrojonego obozu. Przysłoniłem oczy dłonią patrząc pod słonce. W rzeczy samej, żywy indianiec na koniu. Całkiem blisko. usłyszałem jak obok trzeszczą rzemienie uprzęży gniadego konia skorpiona. Czyżby był zaniepokojony? No w sumie... jeden indianiec na widoku a nie wiadomo ile ich jest. *

Itachi: *Zobaczyli mnie. Mocniej ścisnąłem mój łuk. Przecież ich nie zaatakuję. Mam nadzieje, że oni mnie też. Stałem bez ruchu. Mój koń i ja byliśmy jak jeden organizm. Oboje wpatrywaliśmy się w dwójkę ludzi, którzy stali w obozowisku. Jeden z nich celował do nas. Przeklęci bladzi!*

Pain: Czego on chce? *zapytał Skorpion. Odpowiedziałem że pewnie zgubił się na pustyni ale nie był to wysokiej klasy żart. Skorpion podniósł lufę celując gdzieś w niego i wydał strzał ostrzegawczy by przepłoszyć intruza, poczułem ostry zapach prochu.*
Itachi: *Strzał. Pocisk przeleciał mi koło ucha. Strzał ostrzegawczy. Koń ani drgnął tak jak ja. Patrzyłem jeszcze chwilę na nich, po czym zawróciłem konia i pognałem do domu. Zbliżał się czas obiadu*
Pain: *Zapytałem mojego towarzysza ilu już takich Apaczów posłał do piekła a on w odpowiedzi rzucił mi jedynie że to nie był Apacz. No cóż byłem tu nowy. Za kilka godzin będę musiał się stawić na zmianie warty.*
Itachi: *Wróciłem do osady. Pierwsze co, mój młodszy brat podbiegł do mnie i próbował zrzucić z konia. Pogłaskałem go tylko po głowie i sam zszedłem, nie tracąc równowagi. Puściłem konika wolno i ruszyłem, będąc ciągniętym przez brata, na obiad.* Myślałam, że Shisuji już dawno cię zmienił *powiedziała moja matka. *Wracałem na około *odparłem, zabierając się za jedzenie. Jak dobrze, że Ojciec był już po obiedzie.*

Pain: *Jak mnie poinformowano Indianie jeżeli już atakowali to albo bardzo późnym wieczorem albo wczesnym rankiem. Ta noc minęła jednak spokojnie wraz z zmieniającym ją dniem. Podczas zmawiania pacierza do najświętszego Jezusa Chrystusa usłyszałem jak nadzorca budowy rozmawia z jednym z moich przełożonych, za kilka dni wyślą delegację do Indian, pobliska wioskę będą musiały przeciąć tory i było to już postanowione.* Amen *przeżegnałem się z szerokim uśmiechem, może jednak szybko nadarzy się okazja do pierwszego chrztu jaki zazna moja broń? *

Itachi: *Dni mijały. Duchy mówiły, że przyjdzie zły czas. Czarne chmury są coraz bliżej. Co dziennie obserwowałem osadę bladych twarzy. Coraz bardziej miałem wrażenie, że coś się wydarzy. I to szybko.*

Pain: *Tego dnia wytypowano pięciu ludzi wraz z tłumaczem i odesłano do Indian. Wśród nich był Skorpion jako dowódca delegacji "pokojowej"*

Itachi: *Shisui zamienił się ze mną na wartę. Od rana siedziałem z moją narzeczoną i innymi kobietami. Miałem ich pilnować, kiedy gotowały. Do czego to dochodzi? Kiedy jednak przyszedł po mnie ktoś, mówiąc że blade twarze się zbliżają się do naszej wioski, automatycznie zostawiłem je, i pobiegłem do ojca. No tak. Tylko ja jestem w stanie rozmawiać z nimi.*

Sasori: *Tłumacz zaczął wyjaśniać powód naszego przybycia. Sądził ze za opłatą Indianie zgodzą się przenieś... Ale czego oni mogli chcieć co mielibyśmy my?*

Itachi: *Tłumacz mówił gorzej niż po naszemu niż ja po ichnym języku.* Cóż więc nas czeka, jeśli się nie zgodzimy? *zapytałem płynnie w tym... angielskim.*

Sasori: *"Jestem pewien że w jakiś sposób dojdziemy do porozumienia" wyseplenił spasiony tłumacz.*

Itachi: *Spojrzałem na ojca. Ale ja już znałem jego odpowiedź, którą podzieliłem się z bladymi twarzami.* Niedoczekanie *powiedziałem cicho to, co mój ojciec miał na myśli. Wiedziałem co się stanie. Będzie wojna z bladymi skórami. Nienawidzę wojen. Wystarczy, że tyle razy nasze plemiona musiały walczyć o teren z innymi plemionami. A teraz ci chcą dla żelaznego konia zniszczyć nasza wioskę.*

Sasori: *Grubas zachłysnął się i rzucił coś w stylu "przemyślcie jeszcze to" kilku z nas przycisnęło do siebie mocniej broń.*

Itachi: *Szczęknęły bronie białych. Usłyszałem poruszenie i już za naszymi plecami były gotowe naciągnięte cięciwy. Wyciągnąłem dłoń, by opuścili oni łuki. Posłuchali się. wiedzieli, że gdybym chciał, zabiłbym wszystkich dookoła w mgnieniu oka. Ojciec też to wiedział, dlatego nic nie powiedział na mój władczy gest.* Jeśli byście przenieśli tory, to może byście ominęli naszą osadę* powiedziałem do bladych.*

Sasori: *Spojrzeliśmy po sobie porozumiewawczo."Nie ma takie możliwości przyjacielu... z jednej strony kanion a z drugiej góry"*

Itachi: Dlaczego nasza wioska ma zostać... przeniesiona?

Sasori: *"Przychodzimy do was z bardzo dobrą propozycją. Teren nie pozwala na zmianę planu projektu."*

Itachi: Zastanowimy się *powiedziałem, choć i ja i oni już wiedzieliśmy, jaka jest nasza odpowiedź.* Jutro przyjadę sam do waszej osady. Dam odpowiedź. Jeśli mnie zabijecie, oczekujcie jeszcze większej wojny* oznajmiłem i rozkazałem odwrót.*

Pain: *Wrócili do obozu i Skorpion streścił mi zajście z którego miałem całkiem dużo ubawu. Indianin mówiący lepiej po angielsku niż tłumacz? Dobre sobie, heh.*

*~*~*

To tyle na początek~~
Ja się podoba~?

1 komentarz:

  1. O, mój mistrz *,*
    Nigdy w życiu nie spodziewałabym się takiej akcji..
    + Itachi.. ma czarną skórę, nieźle musi wyglądać xP
    ++ błagam, usuń tą weryfikację obrazkową bo nie wytrzymam.

    OdpowiedzUsuń