Przepraszam. Nie miałem ochoty poprawiać, a potem naprawdę... ciężko mi było...
Ale rozdział już jest. Zapraszam
I oczekuję na komentarz~
*~*~*
Sasuke: *Obudziłem się w momencie,
kiedy na podwórku usłyszałem rżenie swojego konia. Ból pleców,
który mnie omotał, był niczym wbicie mi jakiś kolców w nie... Od
dzisiaj zaczynam pracę... cholera...*
Suigetsu:
*Świeży, rześki niczym ta kanka
mleka przyniesiona od byk...to znaczy krowy. Chwilę po południu
zjawiłem się w naszym zabudowaniach naszego skromnego aresztu. Nowo
przybyły szeryf wyglądał... Jakby nie spędził miło tej nocy.
Przywitałem się machając do niego ręką trzymającą kapelusz.*
Sasuke:
Za wcześnie to cię nie ma
*powiedziałem na przywitanie.* Nie orientujesz się o której mam się
spotkać z burmistrzem?
Suigetsu:
A taak... zapomniałem całkiem o tym
twoim spotkaniu. *Podrapałem się w tył głowy. Naprawdę
zapomniałem.* Miałem ci przekazać byś stawił się w ratuszu o
dziesiątej....
Sasuke:
*To mnie zabiło. I to się nazywa
pomocnik?! Uderzyłem porządnie głową w biurko, przy którym
siedziałem. Pierwszy dzień i już takie opóźnienie. Wstałem z
krzesła i założyłem swój kapelusz* Gdzie jest ratusz?
Suigetsu:
Sasuke:
Następnym razem nie odwal mi takiego
czegoś *oznajmiłem sucho i wyszedłem z budynku. Spojrzałem w
kierunku o którym mówił. Przynajmniej nie daleko. Podszedłem na
pieszo i już po chwili znalazłem się pod drzwiami. Przez tego
matoła będę miał zrypy już pierwszego dnia. Westchnąłem cicho
i otworzyłem drzwi.*
Konan:
Saske Uchiha? Na boga nareszcie.
*Wstałam zza biurka w holu.*
Sasuke:
Przepraszam. Dosłownie chwilę temu
zostałem powiadomiony o godzinie spotkania * Zrobiło mi się
jeszcze bardziej głupio, tym bardziej, że pierwszą osobą, którą
zobaczyłem, była kobieta.*
Konan:
*Wskazałam mu szerokie drewniane
schody.* Pierwsze piętro gabinet po lewej stronie o czerwonych
drzwiach. Pospiesz się.
Sasuke:
Hai hai... *powiedziałem z
roztargnienia i pobiegłem po schodach. Zapukałem do drzwi i
ostrożnie uchyliłem wrota.*
Pain:
*Podniosłem wzrok znad papierów
spoglądając na mojego młodego gościa. Zaczynałem się już
niepokoić że wyrządziła mu się krzywda już pierwszej nocy
tutaj. Odłożyłem pióro i odsunąłem kałamarz prostując się w
głębokim fotelu.*
Sasuke:
Przepraszam, ale dopiero się
dowiedziałem na którą byłem umówiony *wyjaśniłem pokrótce i
dopiero wtedy podniosłem wzrok na burmistrza... Chwila moment...
Zacząłem się mu przyglądać. Kolor włosów, wygląd... * Czy ja
cie nie znam?
Pain:
*Oparłem łokieć na podparciu
ramienia z lewej strony. Rozpoznał mnie? Ostatecznie nie był taki
mały jak z resztą chłopaków opiekowaliśmy się nim w obozie. Nie widziałem żadnego sensu ani
korzyści w tym aby ukrywać przed nim tę prawdę.* To możliwe.
Pochodzisz z tych ziem, czy nie inaczej? *Oparłem podbródek na
lewej dłoni.* Zaczęliśmy rozmowę w bardzo poufały sposób.
Sasuke:
*Próbowałem sobie przypomnieć
szczegóły naszej znajomości, ale pamiętałem niewiele...* Czy..
czy to nie z tobą szukałem swojego brata? *przypomniał mi się
jeden epizod z życia tutaj.*
Pain:
Powtarzam: może. To było dawno. Nie
przyszedłeś do mnie po to, aby rozpamiętywać dzieciństwo. Więc
zajmijmy się tym czym musimy dobrze? Straciłem już wystarczająco
dużo czasu przez niekompetencje twojego pomagiera.
Sasuke:
Uh... *No tak. Za długo żyję
przeszłością... A o Itachiego zapytam go nieco później. Pewnie
wie, co się z nim działo przez jakiś jeszcze czas...* Hai. O-od
czego zaczniemy? *zapytałem nieco zmieszany.*
Pain:
Ach, tak... Mam kilka informacji na
twój temat jakie raczył mi przysłać Londyn, wspierając naszą
raczkującą w Ameryce administrację. *Spojrzałem przelotnie na
gruby plik dokumentów.* Gratuluje osiągnięć to imponujące jak
dużo zdołałeś osiągnąć w tak młodym wieku. Chciałbym abyś
opowiedział mi jednak gdzie pracowałeś wcześniej i jak to
przebiegało.
Sasuke:
Em... *Tak nagle...* Gdzie
pracowałem... Zacząłem od roznoszenia poczty, potem uczyłem
dzieci z sierocińca, a przez ostatnie dwa lata byłem na stanowisku
pomocnika miejscowego inspektora.
Pain:
Kogo dokładnie?
Sasuke:
Nazywał się Orochimaru Snake. Zmarł
miesiąc temu tuż przed moim wyjazdem.
Pain:
Orochimaru... *No proszę. Inspektor.
Ten nędzny i obślizgły kolaborant i zdrajca... w dodatku tchórz
wrócił do ojczyzny.* Rozumiem. Wiesz co stało się z Twoim
poprzednikiem?
Sasuke:
Nie doszło to do moich uszu... Ale
stwierdziłem, że prawdopodobnie coś złego.
Pain:
Starego Jamesa porwano jako zakładnika
i zabito. Wiesz jakie ryzyko i odpowiedzialność łączą się z tym
stanowiskiem?
Sasuke:
Wiem... Słyszałem na statku
*spochmurniałem. Oczywiście,że wiedziałem, jakie to
odpowiedzialne zadanie. Ale Indianin nie powinien się bać...
Prawda?*
Pain:
Mniejsza. Nie wspominajmy tych
przykrych wydarzeń. *Potarłem palcami skroń.* Terytorium na którym
obowiązuje nasze prawo to ziemie należące do miasta. Zapoznaj się
z tym terenem. Suigetsu powinien Ci w tym pomóc jeżeli go
przyciśniesz. Jako szeryf możesz wprowadzić poprawki do kodeksu
ale jedynie po uzyskaniu mojego zezwolenia. Jasne?
Sasuke:
Taa... *chwila* Sui-get-su?
Pain:
Twój zastępca?
Sasuke:
A... aha... *To mu jest Suigetsu? Jakie
debilne imię...*
Pain:
Ludzie z pobliskich gospodarstw donoszą
że niedaleko kanionu osiedliła się grupa jeźdźców. Miej na to
oko i informuj mnie o wszystkim.
Sasuke:
Spoko *odparłem. Zastanawiałem się
co jeszcze mnie czeka w tej wiosce?*
Pain:
Możesz już wrócić do swoich
obowiązków. *posłałem mu słaby uśmiech* Pilnuj tu porządku
chłopcze. Proszę cię o to ze swojego stanowiska.
Sasuke:
H-ai *odparłem i już miałem odejść,
ale musiałem zapytać.* Uh... Burmistrzu... Chciałem zapytać, czy
wie pan coś o moim bracie?
Pain:
Może... *Odwróciłem od niego wzrok.
Nie powinien zaczynać tych tematów. Czy Itachi miał zamiar się z
nim zobaczyć?*
Sasuke:
Powie mi pan coś więcej na ten temat?
*zapytałem z nutką nadziei w głosie.* Jeśli jest martwy -
zrozumiem. Jeśli żyje, to nawet lepiej...
Pain:
Żyje. Dlaczego o niego wypytujesz?
Sasuke:
Ch-chciałbym się z nim zobaczyć...
*mruknąłem cicho. *
Pain:
Powodzenia.
Sasuke:
*Kiwnąłem głową i wyszedłem. On
coś ukrywał. Jestem tego pewien. Pewnie ma doskonały kontakt z
moim bratem. Nie zdziwiłbym się... Kh...*
*~*~*
Suigetsu:
I jak było ~~? Sasuke?
Sasuke:
Weź się zamknij. I następnym razem
nie zapominaj o ważnych sprawach* Miałem ochotę go uderzyć...*
Suigetsu:
Dobra dobra. Spokojnie, nie bądź taki
narowisty. Zapalmy fajkę pokoju~~ *Odchyliłem się w tył na trójnożnym krześle i zaciągnąłem dymem tytoniowym.*
Sasuke:
Nie, dzięki, nie palę *kh...* I nie
kurz w pomieszczeniu *oznajmiłem, otwierając okno. Chociaż i to by
się pewnie na nic nie zdało* Mam jeszcze jedno pytanie
Suigetsu:
Haaa?
Sasuke:
*Musiałem zapytać* Znasz tu
wszystkich mieszkańców?
Suigetsu:
Jest ich niewielu. Chyba tak. Tych co
mieszkają w mieście tak. Z farmerami to już gorzej.
Sasuke:
Raczej nie farmerzy... Raczej... szukam
kogoś... Podobnego do mnie...
Suigetsu:
To znaczy? Anglika?
Sasuke:
*Rypnę go kiedyś...* Nie. Mam na myśli
Indianina.
Suigetsu:
Yha! No... zdarzało się że byli tu
ale nie na stałe. Nie raczej nie.
Sasuke:
Jesteś pewien? Hm... A jakiś bardziej
powiązany z burmistrzem? Takie dwa znamiona na twarzy *pokazałem
znamiona, jakie miał Itachi, jak go zapamiętałem.*
Suigetsu:
Hmm z burmistrzem... *Ponownie
zaciągnąłem się skrętem tytoniowym.* On to w ogóle jest jakiś
podejrzany. Ano miał coś tam do Indian. Ludzie gadają że jak był
młody to widywano go często z jednym Apaczem ale nie wiem nic
więcej na ten temat. A ty co braci plemiennych szukasz?
Sasuke:
*Ja mu dam Apacza...* Nie braci, tylko
brata. Rodzonego.
Suigetsu:
*Trzasnęła pode mną jedna, jedyna
tylna noga krzesła i rozłożyłem się na podłodze jak długi. * Ała... Dużo... ał... się nie pomyliłem.
Sasuke:
Dużo się pomyliłeś * ukryłem cień
uśmiechu i zaśmiałem się sucho z jego wypadku. Dobrze tak
gnojowi.* To nie był Apacz i wbij to sobie do głowy.
Suigetsu:
To kto? Wszyscy dzicy Indianie to Apacze nie? Z jedną z ich kobiet to ja nawet...
Sasuke:
Sam jesteś dziki... *powiedziałem, po
czym prawie się zachłysnąłem śliną. Gnojek...* Itachi z
plemienia Uchiha, dla twojej informacji.
Uchiha? Tego co został zmasakrowany?
Sasuke:
*Spojrzałem w sufit.* Tak. Tego
*musiał to wypomnieć...*
Suigetsu:
To była twoja rodzina?
Sasuke:
A no... *mruknąłem.*
Suigetsu:
Mój ojciec i starszy brat zginęli
kilka miesięcy temu w kopalni srebra. Spoko, rozumiem że szukasz
brata. *Usiadłem na drugim trójnogim taborecie*
Sasuke:
Uh... *mruknąłem i usiadłem na
normalnym krześle za biurkiem. Jakoś nie uśmiechała mi się praca
tutaj... Ale musiałem się za nią zabrać.* Macie tu jakąś
lunetę?
Suigetsu:
Lune-t co ?
Sasuke:
Lu-ne-ta. albo lornetka. Takie coś,
przez co można patrzeć i to przybliża ci obraz.
Suigetsu:
Okular? Staruszek mówił "okular"
*Wskazałem mu pobliski kredens.* Druga półka od góry.
Sasuke:
Aha... *mruknąłem i zajrzałem do
szuflady. Istotnie znalazłem tam to, czego szukałem* Czego jeszcze
używał mój poprzednik? Pewnie ja znam inne nazwy tych
przedmiotów...
*~*~*
Pain:
*Dochodziła godzina osiemnasta
popołudniem. Zegar na wieży kościelnej wyraźnie pokazywał to
swoimi żeliwnymi wskazówkami, a dzwony doń dołączone zabiły
sześciokrotnie. Zakończyłem spotkanie z przedstawicielem związków
kolejarzy i opuściłem swoje biuro z zamiarem udania się do domu.
Przed wyjściem poinstruowałem jeszcze recepcjonistkę Konan, że
następnego dnia stawię się w biurze dopiero w południe i
poprosiłem aby umawiała mnie z klientami i interesantami dopiero po
godzinie obiadu. Nigdy nie zaprzestałem jeździć konno ale każdego
dnia do ratusza docierałem powozem którym zarządzał woźnica.
Takie ot udogodnienie. Dom w którym mieszkaliśmy z Itachim
znajdował się na przedmieściach zaraz obok poczty, własnoręcznie
stawialiśmy ten dom... podobnie jak większość w tym mieście. *
Itachi:
*Siedziałem w fotelu i czytałem
książkę. Robiło się już chłodno, więc zwyczajowo osłoniłem
swoje nogi kocem. Czekałem aż Pain skończy swoją pracę. Czasem
czułem się jak darmozjad, mieszkając na kocią łapę u
burmistrza, ale ze względu na moją chorowitość, nie mogłem
zabrać się do żadnej pracy. No cóż... Ziewnąłem i chwilę
później usłyszałem jak mój przyjaciel przyjechał na podwórko.
W końcu wrócił, Ciekawe jakie nowinki z miasta przywiózł?*
Pain:
*Jak zwykle czekał na mnie siedząc na
osłoniętym tarasie. Z książką na kolanach. Z przewiązanymi
rzemieniem włosami, przy czym długa smuga włosów odgarnięta była
do przodu i opadała z ramienia na pierś. Posłałem mu dyskretny
uśmiech. Podziękowałem woźnicy którym był młody chłopiec i
zauważyłem że wpatruje się w Itachiego urzeczony. Oczywiście mu
się nie dziwiłem ale odchrząknąłem znacząco by go upomnieć. *
Itachi:
*Uśmiechnąłem się na jego przyjazd.
Jak zawsze wyglądał przystojnie. Z wiekiem i w ogóle. Przymrużyłem
oczy. Ile bym dał, by spędzać z nim troszeczkę więcej czasu~~*
Jak minął dzień? *zagadnąłem.*
Pain:
Spokojnie jak dotąd. *Usiadłem obok
niego i zdjąłem marynarkę.*
Itachi:
*Kiedy woźnica odjechał, oparłem
głowę na jego ramieniu.* A jak mój brat?
Pain:
*Wzdrygnąłem się dlatego, że
oczekiwałem aż zada to pytanie, a z drugiej strony byliśmy na
zewnątrz i nie powinien... Nie powinien, a mimo to cieszyłem się że
to zrobił.* D-dobrze. *po chwili odzyskałem rezon.* Jest
niepunktualny.
Itachi:
Uwaga warta zanotowania *zaśmiałem
się cicho.* Zrobiło się chłodno. Może wejdziemy do środka, co?
*Zapytałem. Z drugiej strony chciałem go wypytać jak wygląda i w
ogóle...*
Pain:
*Z wdzięcznością przyjąłem ten
cichy śmiech.* Tak. Napiłbym się herbaty.
Itachi:
*Wstałem i złapałem go za rękę. Na
szczęście ogólnie wiadomo było, że ciężko mi się chodzi, więc
nie powinno to nikogo zastanawiać. Pociągnąłem go lekko i
poszliśmy do środka.*
Pain:
*Siedzieliśmy obok siebie w salonie
popijając herbatę i zaskoczyło mnie opanowanie z jakim obnosił
się Itachi. Nie zadał jeszcze, więcej pytań odnośnie brata, a to
było... niespodziewane. Sądziłem że z miejsca będzie domagał
się informacji. Pokojówka zostawiła nas samych, a ja odetchnąłem
głęboko jak człowiek wielce zmęczony. Brunet nie puścił mojego
ramienia i dalej obejmował je swoimi dłońmi opierając się o mnie
i przyjemnie grzejąc ciepłem własnego ciała.*
Itachi:
Może powiesz mi, kochanie... *zacząłem
cicho tuż przy jego uchu* Coś więcej na temat mojego braciszka~~?
Pain:
*A jednak.* A co mógłbym ci
powiedzieć? Jest bardzo podobny do Ciebie chociaż niezupełnie.
Wydaje mi się że uformował się z niego przyzwoity i wyuczony
mężczyzna. Ma tylko... jakby... brak szacunku do innych ludzi.
Takie odniosłem wrażenie.
Itachi:
Wdał się w mojego wujka... *Mruknąłem
na wspomnienie... aż się wzdrygnąłem* Hm... Coś jeszcze może o
nim? Może kiedyś go zaprosisz do nas na herbatę? *Zaproponowałem
nieśmiało. Chciałem chociażby spojrzeć na braciszka...*
Pain:
Tutaj? Chcesz się z nim zobaczyć?
*Odwróciłem twarz ku niemu* Pytał o ciebie. Szuka cię.
Itachi:
Naprawdę? *jakoś nie byłem tym
zaskoczony* A czemu nie? Skoro nie zostało mi dużo czasu....
Pain:
*Zmarszczyłem brwi i niezadowolony z
końcowego podsumowania usłyszanej wypowiedzi odwróciłem wzrok.*
Nie sądzisz że on może mieć, ci za złe, że...
Itachi:
*Wzruszyłem ramionami* To logiczne. Nie
zdziwiłbym się, gdyby nawet chciał mnie za to zabić. Ale z
drugiej strony... Żyje. Powinien być mi za to wdzięczny...
Pain:
Jak uważasz. *Podniosłem szklankę z
miedzianym napojem i zbliżyłem ją ponownie do ust. Z pewnością
tęsknił za bratem ale... gdzieś w głębi miałem złe przeczucia.
*
Itachi:
*Pogłaskałem go po wolnej dłoni* Ne,
Pain... Nie chciałbyś się już położyć~? *zapytałem słodkim
głosem. Rzadko kiedy tak robiłem...*
Pain:
*Tak wcześnie, już ? * Czy
prowokujesz mnie? Znowu?
Itachi
Może~... A nie mogę? *po
wczorajszych... zabawach naprawdę chciałem powtórzyć tamtą
nockę...*
Pain:
Zrobiłeś się bardzo... ożywiony pod
tym względem, kocurku.
Itachi:
*Otarłem się jednoznacznie o niego*
Może trochę *Ale to ty tak na mnie działasz... dodałem w myślach*
Pain:
Nie zaczekamy nawet aż się ściemni ?
Itachi:
*Wywróciłem oczami* Ale po co? Do
nocy jeszcze tak dłuugo...
Pain:
Jak wytłumaczymy nieobecność na
kolacji? *Podniosłem rękę kładąc ją na jego kolanie, a następnie
przesunąłem w stronę biodra po udzie.*
Itachi:
mrrr~~ *Zamruczałem cicho* Źle się
poczułem, a ty byłeś bardzo zaniepokojony o moje zdrowie
*zadrapałem delikatnie go po udzie.*
Pain:
I z tego powodu spędziłem z tobą w
pokoju kilka godzin?
Itachi:
Przysnąłeś na krześle~?*
Uśmiechnąłem się lekko*
Pain:
W ten sposób spędzając noc?
Itachi:
*Wywróciłem oczami* Po prostu nie
byłeś głodny i tyle... *mruknąłem.*
Pain:
*Wiedziałem że go irytuję
przedłużając te zwłokę ale... nie mogliśmy sobie przecież
pozwalać na taką bezkarność. Zabrałem rękę z jego uda.* Nocą
wypuścisz mnie bym wrócił do własnej sypialni?
Itachi:
*Zrobiłem z ust dziubek i spojrzałem
w bok* A będziesz w stanie?
Pain:
Nawet jeżeli nie zmusi mnie do tego
konieczność. *Uśmiechnąłem się słabo.*
Itachi:
No doobrze... Będziesz mógł...
*mruknąłem, przejeżdżając mu palcem po brzuchu.*
Pain:
*I jak tu mógłbym mu odmówić? Nawet
jeżeli wcześniej mi się to udawało z każdym tygodniem mój opór
malał a w obecnej sytuacji był niemal zerowy. Skinąłem głową i
ująłem go za dłoń. Wstałem pomagając się podnieść i jemu. Za
każdym razem gdy mogłem na niego patrzeć kiedy się poruszał;
byłem zachwycony jego gracją jakiej nie posiadał żaden z
europejskich osadników.*
Itachi:
*Szedłem ostrożnie, trzymając go za
rękę. Nie zbyt pewnie czułem się już na nogach. Odmawiały mi
powoli posłuszeństwa.* Następnym razem może mnie zaniesiesz?
*Zaproponowałem, kiedy siadałem już na swoim łóżku. Było
wygodniejsze niż spanie na podłodze. Dzięki niemu mogłem spać w
godziwych warunkach. W ogóle sam się sobie dziwię, że po
wyjeździe mojego brata kilkanaście lat temu, zostałem z osadnikami
i pomagałem im a potem wybudowaliśmy to miasteczko... I
zamieszkałem tu... I nikt mi nie miał tego za złe...*
Pain:
Być może.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz