Tym razem dość szybko nowy rozdział~~
Doczekałaś się, Ayano~~ ^ ^"
Czekam na komentarze~~
*~*~*
Pain: *Następnego dnia okazało się że
Indianie rozkradli połowę narzędzi przy kolei. Nadzorca się
wściekł i wyładował na nas. Wieczorem po odbytej służbie udałem
się nad rzekę wraz z kilkoma innymi żołnierzami. Musieliśmy się
odrobinę zrelaksować. *
Itachi: *Aby mój koń nie zdechł z
głodu, tego wieczora zabrałem go nad rzekę, gdzie było więcej
jedzenia dla niego. Położyłem się pod jakąś skałą i czekałem
aż koń się zaspokoi na tyle, byśmy wrócili do siebie. Obrączkę
przewiesiłem sobie przez rzemyk i nosiłem tak jak resztę
talizmanów - na szyi. Dzisiaj rano skapnąłem się, że obrączki
nosi się na palcu. Włożyłem przed ostatni palec w obrączkę. Pasowała jak ulał, jednak musiałem ją zdjąć. Nie chciałem, by
przeszkadzała mi w polowaniach*
Pain: *Nie sposób opisać jak potrafi
cieszyć kąpiel w zimnym górskim potoku niemal na środku skalnej
pustyni. Była nas czwórka, ja, blond włosy przyjaciel świętej
pamięci Sasoriego, wysoki postawny mężczyzna o ciemnej karnacji i
równie ciemnych włosach z twarzą poznaczoną wieloma bliznami oraz
młody chłopak o czerwonych, przekrwionych oczach. Przypadkowa
kompania. *
Itachi: *Słońce chyliło się ku
zachodowi. Obracałem w palcach prezent, o ile tak mogłem nazwać
obrączkę, i zacząłem gwizdać pod nosem. Koń zastrzygł uszami,
ale nie przejął się tym zbytnio. Była to melodia, którą
rozpoczynaliśmy ognisko dziękczynne naszym bogom. Dziękowaliśmy
im za możliwość życia w tym miejscu oraz za ratowanie nam życia.
Brakowało mi rodziny, ale nic już na to nie poradzę. Już za
późno...*
Pain: Zamknąć się do cholery!
*Krzyknął ciemnowłosy, Kakuzu w kierunku wrzeszczących dzieciaków
jak określał Deidarę i drugiego chłopaka. Przewróciłem oczami i
zanurzyłem w wodzie głowę. Cisza... *
Itachi: *Usłyszałem czyjś krzyk i
poderwałem się. Rozejrzałem się dookoła, ale nic nie zobaczyłem.
Wszedłem na skałę, przy której leżałem i zobaczyłem kilkoro
ludzi kąpiących się w strumieniu. Dwóch nie znałem, a trzeciego
widziałem na pogrzebie tego białego. I konie. Koni było cztery...
Gdzieś zamajaczyła ta pomarańczowa czupryna. czyli on był z
nimi... Usiadłem sobie na skale, będąc niewidocznym dla nich,
obserwowałem, co robią*
Pain: *Dzieciak o białych włosach
był, jak zdążyłem zauważyć jeszcze bardziej nadpobudliwy niż
blondyn. Oburzony próbą uciszenia go przez Kakuzu wylazł z wody
zupełnie nago i wycelował w niego jeden z rewolwerów leżących
przy ubraniach. Ku naszemu zaskoczeniu strzelił... ale nie trafił w
ciemnowłosego. Ten jakby całe zajście stanowiło rutynę zbliżył
się do niego zabrał mu broń i zdzielił go rękojeścią... Deidara
stał obok mnie z otwartą buzią. Ja miałem podobną minę. *
Itachi: *Pocisk wystrzelony z broni
tego o dziwnie jasnych włosach leciał w moim kierunku. Na szczęście
ominął mnie. Odetchnąłem z ulgą. Blade twarze to dziwny ludzie.
Strzelają do siebie bez powodu, kłócą się o głupoty. Tylko takich
poprzywiązywać do pali...*
Pain: *Buntownik złapał się za
krwawiący nos i skulił obok swoich ubrań na trawie klnąc
siarczyście pod naszym adresem. Rzekłem mu że Bóg to wszystko
widzi a reszta mi zawtórowała, że jeżeli widzi to na pewno stara
się nie patrzeć na Hidana.*
Itachi: *Zacząłem się śmiać. Omal
nie spadłem ze skałki. Mój koń dziwnie na mnie spojrzał.
Zszedłem do niego i pogłaskałem go po szyi.* No. Będziemy się
zbierać, co? *Zapytałem.*
Pain: *Podniosłem głowę by spojrzeć
na pobliskie szczyty, przez pewien czas rzeczywiście miałem
wrażenie że ktoś nas obserwuje a teraz to uczucie znikło. Może
byłem przewrażliwiony jak większość białych ludzi na tym dzikim
terenie. *
Itachi: *Wsiadłem na konia i
wyjechałem z zagajniczka. Zastanowiłem się chwilę, po czym
zmieniłem kierunek, w którym jechałem i pojechałem w ich
kierunku. Nie wiem czemu. Chwilę później byłem już przy nich.*
Pain: *Hidan, o ile siedział cicho
przez jakiś czas, nagle się gwałtownie ożywił. Kilka długich
kroków za nim zbliżył się do nas koń z jeźdźcem o bladej skórze, ale rysach twarzy wskazujących na rdzennego mieszkańca. Białowłosy
ubrał pospiesznie skórzane spodnie i w dość niekulturalny sposób
zapytał czego przybysz chce.*
Itachi: Dać radę na przyszłość
*Odpowiedziałem białowłosemu* Uważaj jak strzelasz, bo robisz to
nieudolnie.
Pain: *Hidan naburmuszył się i
sięgnął jedną ręką po strzelbę drugą przytrzymując się za
złamany nos. Rzucił coś z mocnym akcentem w stylu "Zaraz Ci
pokażę jak nieudolnie będzie wyglądał śrut w twoim tyłku".
Jego pogróżki na niewiele mogły się sprawdzić ale co jeżeli by
jednak trafił? Podobno broń jest jeszcze bardziej niebezpieczna w
rękach osoby nieobliczalnej... Na wszelki wypadek odezwałem się za
wszystkich.* Ten Indianin ma immunitet, jeżeli go skrzywdzisz
zawiśniesz za to... *Stwierdziłem pouczającym tonem, pomyśleć że
jakiś czas temu sam byłem gotowy podjąć takie ryzyko za możliwość
przeprawienia tubylca na drugą stronę Styksu.*
Itachi: *Przez moją twarz przeszedł
cień uśmiechu.* Lepiej nauczcie go strzelać, bo nie ręczę za
siebie. *Powiedziałem.*
Deidara: *Stałem w wodzie nie do końca
ogarniając o co chodzi.* To nie ten Indianiec, co od tego małego
jest, un? *Zapytałem rudego wskazując na indiańca.*
Pain:
*Pokiwałem głową w momencie gdy
odezwał się Kakuzu* Nikt cię nie pytał o opinię człowieku.
*Rzekł oschle w obronie narwańca którego krew schła na jego
nadgarstku.*
Itachi: *Zmrużyłem oczy. Zacząłem
oceniać człowieka z bliznami. Nie podobał mi się. I jeszcze bronił
tego białowłosego. Mogą być z nimi kłopoty*
Deidara: A ty właściwie jak się
nazywasz~? *Zapytałem Indianina, po wyjściu z wody i założeniu na
siebie spodni* No bo nikt nie powiedział mi jak się nazywasz no i
un, no właśnie... *Zaplątałem się*
Pain: *Uśmiechnąłem sie z wyższością i
już chciałem odpowiedzieć za tubylca... Bo przecież zdążyliśmy
się już trochę poznać... Ale, yh właśnie dotarło do mnie że
sam nigdy nie zapytałem go o imię ani nie przedstawiłem się.*
Itachi: *Spojrzałem na jasnowłosego.
Ten kolor włosów chyba nazywał się blond... Tak... włosy jak
słońce to blond. Wyglądał jak kobieta. No... Wyglądałby, gdybym
przed chwilą nie widział go nagiego.* Itachi.*Powiedziałem*
Deidara: *Kiwnąłem głową* un! To po
indiańsku, ne? Rany... Jak fajnie. Ja jestem Deidara. Miło mi cię
poznać, Itachi *Uśmiechnąłem się do niego promiennie.*
Pain: *Itachi... Nazywał się Itachi. Jak to
się zapisuje? W stosunku do naszych ponurych min ucieszona twarz
Deidary ostro się wyróżniała. Hidan z skrzywioną miną rzucił
kamieniem w nogi konia przybysza chcąc go spłoszyć. *
Itachi: *Ja i mój koń patrzyliśmy
jak kamień wylądował u kopyt mojego konika. Konik tylko poruszył
nogą i kopnął go.* Nie bądź taki hej do przodu. *Powiedziałem do
białowłosego.*
Pain:
*Obserwowałem jak Kakuzu wychodzi z
wody i spogląda ostrzegawczo na białowłosego który wraz z tym
ostudził swój temperament. Nic dziwnego, ciemnowłosy był potężnym
człowieczek w dodatku naznaczonym w boju... Spojrzenie takiego nawet
u mnie wzbudziłoby refleksje nad własnym postępowaniem heh. W
następnej kolejności moje oczy na powrót wpatrzyły się w
Indianina, Itachi'ego... *
Itachi: Polecam wam wrócić zanim się
ściemni. *Powiedziałem.* Widziałem w okolicy wilki. Jeśli się nie
pospieszycie nawet broń wam nie pomoże. *Oznajmiłem i zawróciłem
konia.* Żegnam.
Pain: Wilki nie zbliżają się do
zapachu prochu. *Rzekł Kakuzu do jego pleców.*
Itachi: Wilki są cwane. *Odparłem i
pognałem do siebie. Myśli, że co? Że nie wiem o tym? Wiem i to
bardzo dobrze. Ale... On nie widział jak stado wilków napadło
kilka miesięcy temu kilku białych, którzy siedzieli przy ognisku i
ładowali broń. Nawet to im nie pomogło.*
Pain: *Kakuzu z Hidanem ruszyli już w stronę
obozu a ja czekałem ubrany na Deidarę. Niestety nie miałem takiego daru przekonywania jak Kakuzu
w do Hidana.*
Deidara: *Naburmuszony, że już musimy
się zbierać, powoli kończyłem się ubierać i pakować rzeczy.
Tak mi się nie chciało wracać. Tym bardziej, że nie miałem już
właściwie do kogo.*
Pain: Od kiedy jesteś taki przyjazny
do Indian? *Zapytałem żując kawałek trawy.*
Deidara: *Spojrzałem na niego, po czym
wdrapałem się na konika* Un... Wyglądał na zmartwionego... I w
ogóle... A że jesteśmy w tym samym wieku mniej więcej, to
wiesz... un... Myślałem, że znajdziemy wspólny język~.
Pain: Zmartwionego? *Indianie co kilka
dni atakują nas by zedrzeć włosy z głowy razem z skórą a on
chciał znaleźć wspólny język? Skąd on nabrał takiego
podejścia?*
Deidara: Uhym~. No wiesz. Może to
dlatego, że martwi się o małego Sasuke? Nie zdziwiłbym się. Bo
mały... uh... przez niego my mamy kłopoty... Ale no... Ten Itachi
... Go coś gnębi, na pewno. Nno.
Pain: Niby po czym to stwierdziłeś?
Skąd możesz wiedzieć że on czuje cokolwiek? Większość z Indian
to bezwzględne maszynki do zabijania... Mordują się nawzajem.
*Odparłem obojętnym tonem, ani tak nie sądziłem ani tego nie
negowałem. Ponagliłem tylko trochę konia.*
Deidara: Un! *Dogoniłem go.* Tak mi się
wydawało! un! Poza tym jesteś za stary i nie rozumiesz tego, co
myśli młodzież
Pain: *Skrzywiłem się* Jestem starszy
od ciebie tylko o cztery lata... *Przypomniałem sobie dzień w
którym Itachi pokazał się mi po raz drugi. * Podobno ten blady
Indianin zabił ludzi z swojego plemienia...
Deidara: Ii... No tak... Może to go
tak gnębi? *Zapytałem siebie na głos.* Cztery lata to i tak dużo.
Pain: Ma wyrzuty sumienia? *Zapytałem
z kpiną* To dlaczego to niby zrobił? To nielogiczne.
Deidara: Nie wiem... Może chciał
zapobiec temu, by kto inny zabił mu rodzinę? A właśnie. Jak
pojechali sprawdzić, jak wygląda jego wioska, nie było śladu
krwi, co nie?
Pain: Nie wiem... *Przeszły mi ciarki
po plecach.* Może ich potruł? I zjadł kilku? Może jego klan to
kanibale?~~
Deidara: Wątpię. Prędzej otruł.
Albo może jakieś ichnie czary?*Uśmiechnąłem się.* Poza tym nie
mógłby zjeść rodziny. Wierzę w niego~.
Pain: Nie znasz go przecież, nie bądź
naiwny. Strzeżonego pan Bóg strzeże.
Deidara: Oj no weź. Zapytaj go czy
zjadł swoich, to będziemy pewni. Najlepiej zapytaj go też o
szczegóły jak pozabijał ich. Przecież byłeś u niego ostatnio.
Pain: By załatwić pewne formalne
sprawy... Sam go zapytaj skoro już tak
się z nim zaprzyjaźniłeś. W ogóle skąd o tym wiesz?
Deidara: Hidan cie widział, jak
jechałeś w tamtą stronę. Ne... to nie przyjaźń. jeszcze za
krótko się znamy...
Pain: Gadasz o nim jak o jednym z nas.
Deidara:*Spojrzałem na niego.* Człowiek to
człowiek i tego nic nie zmieni~.
Pain: To nie są chrześcijanie, nawet
nie europejczycy przecież. Nie zapominaj się. *Przeczesałem dłonią
włosy* Chociaż muszę przyznać że akurat ten blady jest bardzo
obeznany z naszym światem. Jego brat, nawet jeżeli będzie dorastał
w Londynie, to i tak niczego to nie zmieni.
Deidara: Zostań misjonarzem i go
nawróć, jak jesteś taki święty.
Pain: Nikomu niemożna narzucać wiary.
W jego sercu niema Jezusa.
Deidara: Aj... Mamy dziewiętnasty
wiek, człowieku, a ty gadasz jak jakiś fanatyk. Weź się wyluzuj~
Pain: *Uniosłem brew,* Gdyby to
usłyszał nasz pastor wy biczowali by Cię... Heh
Deidara: No tak tak... Bóg najsampierw
potem reszta... *Tak... wywróciłem oczami. Chciałem już być w
namiocie. Ziewnąłem. Tak... spać...*
Pain: Już blisko. *Uśmiechałem się
do siebie.* Zaraz staniesz przed wielkim krzyżem grzeszniku, heh.
Deidara: *Spojrzałem na niego sennie*
ta... raano *Ziewnąłem ponownie*
Pain: *Gdzieś daleko od nas odezwały
się wilki a ja zastanawiałem się jak tę noc spędza Itachi.*
Itachi: *Konik poszedł spać, a ja
siedziałem na skale, obserwując okolicę. Nawet nie rozpalałem
ogniska, nie widząc w tym sensu. w nocy widziałem zbyt dobrze, by
ograniczać się do blasku ognia. Obserwując myślałem o
dzisiejszym spotkaniu. Ten blondyn... Deidara. Był jakiś dziwny,
Zupełnie inny niż reszta tamtych. Przypominał trochę zaginionego kuzyna
Obito. Ale tylko trochę. To ten blondyn tak płakał na pogrzebie.
chyba ten ktoś był dla niego bardzo ważny... Usłyszałem wycie
wilków. Miałem nadzieje, że tamci wrócili do siebie.*
Pain: *Wróciliśmy do osady, bo nasz
obóz w rzeczy samej zaczął takową przypominać późnym
wieczorem.*
Jest trochę błędów, ale czekam na następne rozdziały.
OdpowiedzUsuń~Bardzo podoba mi się nowy wygląd bloga.