sobota, 28 lipca 2012

Kolej żelazna 3.


 Tym razem dość szybko nowy rozdział~~
Doczekałaś się, Ayano~~ ^ ^"

Czekam na komentarze~~

*~*~*

Pain: *Następnego dnia okazało się że Indianie rozkradli połowę narzędzi przy kolei. Nadzorca się wściekł i wyładował na nas. Wieczorem po odbytej służbie udałem się nad rzekę wraz z kilkoma innymi żołnierzami. Musieliśmy się odrobinę zrelaksować. *

Itachi: *Aby mój koń nie zdechł z głodu, tego wieczora zabrałem go nad rzekę, gdzie było więcej jedzenia dla niego. Położyłem się pod jakąś skałą i czekałem aż koń się zaspokoi na tyle, byśmy wrócili do siebie. Obrączkę przewiesiłem sobie przez rzemyk i nosiłem tak jak resztę talizmanów - na szyi. Dzisiaj rano skapnąłem się, że obrączki nosi się na palcu. Włożyłem przed ostatni palec w obrączkę. Pasowała jak ulał, jednak musiałem ją zdjąć. Nie chciałem, by przeszkadzała mi w polowaniach*

Pain: *Nie sposób opisać jak potrafi cieszyć kąpiel w zimnym górskim potoku niemal na środku skalnej pustyni. Była nas czwórka, ja, blond włosy przyjaciel świętej pamięci Sasoriego, wysoki postawny mężczyzna o ciemnej karnacji i równie ciemnych włosach z twarzą poznaczoną wieloma bliznami oraz młody chłopak o czerwonych, przekrwionych oczach. Przypadkowa kompania. *

Itachi: *Słońce chyliło się ku zachodowi. Obracałem w palcach prezent, o ile tak mogłem nazwać obrączkę, i zacząłem gwizdać pod nosem. Koń zastrzygł uszami, ale nie przejął się tym zbytnio. Była to melodia, którą rozpoczynaliśmy ognisko dziękczynne naszym bogom. Dziękowaliśmy im za możliwość życia w tym miejscu oraz za ratowanie nam życia. Brakowało mi rodziny, ale nic już na to nie poradzę. Już za późno...*

Pain: Zamknąć się do cholery! *Krzyknął ciemnowłosy, Kakuzu w kierunku wrzeszczących dzieciaków jak określał Deidarę i drugiego chłopaka. Przewróciłem oczami i zanurzyłem w wodzie głowę. Cisza... *

Itachi: *Usłyszałem czyjś krzyk i poderwałem się. Rozejrzałem się dookoła, ale nic nie zobaczyłem. Wszedłem na skałę, przy której leżałem i zobaczyłem kilkoro ludzi kąpiących się w strumieniu. Dwóch nie znałem, a trzeciego widziałem na pogrzebie tego białego. I konie. Koni było cztery... Gdzieś zamajaczyła ta pomarańczowa czupryna. czyli on był z nimi... Usiadłem sobie na skale, będąc niewidocznym dla nich, obserwowałem, co robią*

Pain: *Dzieciak o białych włosach był, jak zdążyłem zauważyć jeszcze bardziej nadpobudliwy niż blondyn. Oburzony próbą uciszenia go przez Kakuzu wylazł z wody zupełnie nago i wycelował w niego jeden z rewolwerów leżących przy ubraniach. Ku naszemu zaskoczeniu strzelił... ale nie trafił w ciemnowłosego. Ten jakby całe zajście stanowiło rutynę zbliżył się do niego zabrał mu broń i zdzielił go rękojeścią... Deidara stał obok mnie z otwartą buzią. Ja miałem podobną minę. *

Itachi: *Pocisk wystrzelony z broni tego o dziwnie jasnych włosach leciał w moim kierunku. Na szczęście ominął mnie. Odetchnąłem z ulgą. Blade twarze to dziwny ludzie. Strzelają do siebie bez powodu, kłócą się o głupoty. Tylko takich poprzywiązywać do pali...*

Pain: *Buntownik złapał się za krwawiący nos i skulił obok swoich ubrań na trawie klnąc siarczyście pod naszym adresem. Rzekłem mu że Bóg to wszystko widzi a reszta mi zawtórowała, że jeżeli widzi to na pewno stara się nie patrzeć na Hidana.*

Itachi: *Zacząłem się śmiać. Omal nie spadłem ze skałki. Mój koń dziwnie na mnie spojrzał. Zszedłem do niego i pogłaskałem go po szyi.* No. Będziemy się zbierać, co? *Zapytałem.*

Pain: *Podniosłem głowę by spojrzeć na pobliskie szczyty, przez pewien czas rzeczywiście miałem wrażenie że ktoś nas obserwuje a teraz to uczucie znikło. Może byłem przewrażliwiony jak większość białych ludzi na tym dzikim terenie. *

Itachi: *Wsiadłem na konia i wyjechałem z zagajniczka. Zastanowiłem się chwilę, po czym zmieniłem kierunek, w którym jechałem i pojechałem w ich kierunku. Nie wiem czemu. Chwilę później byłem już przy nich.*

Pain: *Hidan, o ile siedział cicho przez jakiś czas, nagle się gwałtownie ożywił. Kilka długich kroków za nim zbliżył się do nas koń z jeźdźcem o bladej skórze, ale rysach twarzy wskazujących na rdzennego mieszkańca. Białowłosy ubrał pospiesznie skórzane spodnie i w dość niekulturalny sposób zapytał czego przybysz chce.*

Itachi: Dać radę na przyszłość *Odpowiedziałem białowłosemu* Uważaj jak strzelasz, bo robisz to nieudolnie.

Pain: *Hidan naburmuszył się i sięgnął jedną ręką po strzelbę drugą przytrzymując się za złamany nos. Rzucił coś z mocnym akcentem w stylu "Zaraz Ci pokażę jak nieudolnie będzie wyglądał śrut w twoim tyłku". Jego pogróżki na niewiele mogły się sprawdzić ale co jeżeli by jednak trafił? Podobno broń jest jeszcze bardziej niebezpieczna w rękach osoby nieobliczalnej... Na wszelki wypadek odezwałem się za wszystkich.* Ten Indianin ma immunitet, jeżeli go skrzywdzisz zawiśniesz za to... *Stwierdziłem pouczającym tonem, pomyśleć że jakiś czas temu sam byłem gotowy podjąć takie ryzyko za możliwość przeprawienia tubylca na drugą stronę Styksu.*

Itachi: *Przez moją twarz przeszedł cień uśmiechu.* Lepiej nauczcie go strzelać, bo nie ręczę za siebie. *Powiedziałem.*

Deidara: *Stałem w wodzie nie do końca ogarniając o co chodzi.* To nie ten Indianiec, co od tego małego jest, un? *Zapytałem rudego wskazując na indiańca.*

Pain:
*Pokiwałem głową w momencie gdy odezwał się Kakuzu* Nikt cię nie pytał o opinię człowieku. *Rzekł oschle w obronie narwańca którego krew schła na jego nadgarstku.*

Itachi: *Zmrużyłem oczy. Zacząłem oceniać człowieka z bliznami. Nie podobał mi się. I jeszcze bronił tego białowłosego. Mogą być z nimi kłopoty*

Deidara: A ty właściwie jak się nazywasz~? *Zapytałem Indianina, po wyjściu z wody i założeniu na siebie spodni* No bo nikt nie powiedział mi jak się nazywasz no i un, no właśnie... *Zaplątałem się*

Pain: *Uśmiechnąłem sie z wyższością i już chciałem odpowiedzieć za tubylca... Bo przecież zdążyliśmy się już trochę poznać... Ale, yh właśnie dotarło do mnie że sam nigdy nie zapytałem go o imię ani nie przedstawiłem się.*

Itachi: *Spojrzałem na jasnowłosego. Ten kolor włosów chyba nazywał się blond... Tak... włosy jak słońce to blond. Wyglądał jak kobieta. No... Wyglądałby, gdybym przed chwilą nie widział go nagiego.* Itachi.*Powiedziałem*

Deidara: *Kiwnąłem głową* un! To po indiańsku, ne? Rany... Jak fajnie. Ja jestem Deidara. Miło mi cię poznać, Itachi *Uśmiechnąłem się do niego promiennie.*

Pain: *Itachi... Nazywał się Itachi. Jak to się zapisuje? W stosunku do naszych ponurych min ucieszona twarz Deidary ostro się wyróżniała. Hidan z skrzywioną miną rzucił kamieniem w nogi konia przybysza chcąc go spłoszyć. *

Itachi: *Ja i mój koń patrzyliśmy jak kamień wylądował u kopyt mojego konika. Konik tylko poruszył nogą i kopnął go.* Nie bądź taki hej do przodu. *Powiedziałem do białowłosego.*

Pain:
*Obserwowałem jak Kakuzu wychodzi z wody i spogląda ostrzegawczo na białowłosego który wraz z tym ostudził swój temperament. Nic dziwnego, ciemnowłosy był potężnym człowieczek w dodatku naznaczonym w boju... Spojrzenie takiego nawet u mnie wzbudziłoby refleksje nad własnym postępowaniem heh. W następnej kolejności moje oczy na powrót wpatrzyły się w Indianina, Itachi'ego... *

Itachi: Polecam wam wrócić zanim się ściemni. *Powiedziałem.* Widziałem w okolicy wilki. Jeśli się nie pospieszycie nawet broń wam nie pomoże. *Oznajmiłem i zawróciłem konia.* Żegnam.

Pain: Wilki nie zbliżają się do zapachu prochu. *Rzekł Kakuzu do jego pleców.*

Itachi: Wilki są cwane. *Odparłem i pognałem do siebie. Myśli, że co? Że nie wiem o tym? Wiem i to bardzo dobrze. Ale... On nie widział jak stado wilków napadło kilka miesięcy temu kilku białych, którzy siedzieli przy ognisku i ładowali broń. Nawet to im nie pomogło.*

Pain: *Kakuzu z Hidanem ruszyli już w stronę obozu a ja czekałem ubrany na Deidarę. Niestety nie miałem takiego daru przekonywania jak Kakuzu w do Hidana.*

Deidara: *Naburmuszony, że już musimy się zbierać, powoli kończyłem się ubierać i pakować rzeczy. Tak mi się nie chciało wracać. Tym bardziej, że nie miałem już właściwie do kogo.*

Pain: Od kiedy jesteś taki przyjazny do Indian? *Zapytałem żując kawałek trawy.*

Deidara: *Spojrzałem na niego, po czym wdrapałem się na konika* Un... Wyglądał na zmartwionego... I w ogóle... A że jesteśmy w tym samym wieku mniej więcej, to wiesz... un... Myślałem, że znajdziemy wspólny język~.

Pain: Zmartwionego? *Indianie co kilka dni atakują nas by zedrzeć włosy z głowy razem z skórą a on chciał znaleźć wspólny język? Skąd on nabrał takiego podejścia?*

Deidara: Uhym~. No wiesz. Może to dlatego, że martwi się o małego Sasuke? Nie zdziwiłbym się. Bo mały... uh... przez niego my mamy kłopoty... Ale no... Ten Itachi ... Go coś gnębi, na pewno. Nno.

Pain: Niby po czym to stwierdziłeś? Skąd możesz wiedzieć że on czuje cokolwiek? Większość z Indian to bezwzględne maszynki do zabijania... Mordują się nawzajem. *Odparłem obojętnym tonem, ani tak nie sądziłem ani tego nie negowałem. Ponagliłem tylko trochę konia.*

Deidara: Un! *Dogoniłem go.* Tak mi się wydawało! un! Poza tym jesteś za stary i nie rozumiesz tego, co myśli młodzież

Pain: *Skrzywiłem się* Jestem starszy od ciebie tylko o cztery lata... *Przypomniałem sobie dzień w którym Itachi pokazał się mi po raz drugi. * Podobno ten blady Indianin zabił ludzi z swojego plemienia...

Deidara: Ii... No tak... Może to go tak gnębi? *Zapytałem siebie na głos.* Cztery lata to i tak dużo.

Pain: Ma wyrzuty sumienia? *Zapytałem z kpiną* To dlaczego to niby zrobił? To nielogiczne.

Deidara: Nie wiem... Może chciał zapobiec temu, by kto inny zabił mu rodzinę? A właśnie. Jak pojechali sprawdzić, jak wygląda jego wioska, nie było śladu krwi, co nie?

Pain: Nie wiem... *Przeszły mi ciarki po plecach.* Może ich potruł? I zjadł kilku? Może jego klan to kanibale?~~

Deidara: Wątpię. Prędzej otruł. Albo może jakieś ichnie czary?*Uśmiechnąłem się.* Poza tym nie mógłby zjeść rodziny. Wierzę w niego~.

Pain: Nie znasz go przecież, nie bądź naiwny. Strzeżonego pan Bóg strzeże.

Deidara: Oj no weź. Zapytaj go czy zjadł swoich, to będziemy pewni. Najlepiej zapytaj go też o szczegóły jak pozabijał ich. Przecież byłeś u niego ostatnio.

Pain: By załatwić pewne formalne sprawy... Sam go zapytaj skoro już tak się z nim zaprzyjaźniłeś. W ogóle skąd o tym wiesz?

Deidara: Hidan cie widział, jak jechałeś w tamtą stronę. Ne... to nie przyjaźń. jeszcze za krótko się znamy...

Pain: Gadasz o nim jak o jednym z nas.

Deidara:*Spojrzałem na niego.* Człowiek to człowiek i tego nic nie zmieni~.

Pain: To nie są chrześcijanie, nawet nie europejczycy przecież. Nie zapominaj się. *Przeczesałem dłonią włosy* Chociaż muszę przyznać że akurat ten blady jest bardzo obeznany z naszym światem. Jego brat, nawet jeżeli będzie dorastał w Londynie, to i tak niczego to nie zmieni.

Deidara: Zostań misjonarzem i go nawróć, jak jesteś taki święty.

Pain: Nikomu niemożna narzucać wiary. W jego sercu niema Jezusa.

Deidara: Aj... Mamy dziewiętnasty wiek, człowieku, a ty gadasz jak jakiś fanatyk. Weź się wyluzuj~

Pain: *Uniosłem brew,* Gdyby to usłyszał nasz pastor wy biczowali by Cię... Heh

Deidara: No tak tak... Bóg najsampierw potem reszta... *Tak... wywróciłem oczami. Chciałem już być w namiocie. Ziewnąłem. Tak... spać...*

Pain: Już blisko. *Uśmiechałem się do siebie.* Zaraz staniesz przed wielkim krzyżem grzeszniku, heh.

Deidara: *Spojrzałem na niego sennie* ta... raano *Ziewnąłem ponownie*

Pain: *Gdzieś daleko od nas odezwały się wilki a ja zastanawiałem się jak tę noc spędza Itachi.*

Itachi: *Konik poszedł spać, a ja siedziałem na skale, obserwując okolicę. Nawet nie rozpalałem ogniska, nie widząc w tym sensu. w nocy widziałem zbyt dobrze, by ograniczać się do blasku ognia. Obserwując myślałem o dzisiejszym spotkaniu. Ten blondyn... Deidara. Był jakiś dziwny, Zupełnie inny niż reszta tamtych. Przypominał trochę zaginionego kuzyna Obito. Ale tylko trochę. To ten blondyn tak płakał na pogrzebie. chyba ten ktoś był dla niego bardzo ważny... Usłyszałem wycie wilków. Miałem nadzieje, że tamci wrócili do siebie.*

Pain: *Wróciliśmy do osady, bo nasz obóz w rzeczy samej zaczął takową przypominać późnym wieczorem.*

1 komentarz:

  1. Jest trochę błędów, ale czekam na następne rozdziały.
    ~Bardzo podoba mi się nowy wygląd bloga.

    OdpowiedzUsuń