niedziela, 16 września 2012

Kolej żelazna 7

*~*~*

Pain:
*Ściemniało się ale miałem jeszcze trochę czasu. Znalazłem go po dymie z wieczornego ogniska, a kiedy zbliżyłem się do tymczasowego obozowiska bladego Indianina dostrzegłem że przerywam mu kolację.* Dobry wieczór.


Itachi: : *Spojrzałem na przybyłego... Paina, tak... Cóż on tu robił? Przełknąłem kęs.* Dobry wieczór *Odparłem* Chcesz trochę? *Wskazałem na odkrojony i upieczony kawałek mięsa na kamieniu przy ognisku*

Pain:
*Pokręciłem głową. Wolałem nie jeść niczego z jego rąk. Dalej pamiętałem jak odgrażał pastorowi. Zszedłem z konia ale stałem dalej przy nim.* Twój brat cały dzień cię dzisiaj szukał.

Itachi:
*Zachłysnąłem się kawałkiem mięsa i zacząłem się krztusić* Co? Po co? Jak?

Pain:
Normalnie, oznajmił że idzie i to byłą jego ostateczna decyzja. Postanowił też że tu zostaje i nie jedzie do Londynu.

Itachi:
*Wytarłem usta rękawem koszuli i oparłem się wygodniej o skałę.* Musi wyjechać. Jeśli on tu zostanie to i ja będę całe życie uwiązany. *Mruknąłem do siebie.*

Pain:
W sumie nikomu to nie robi różnicy czy pojedzie tam zmuszony siłą czy z własnej dłoni. Czemu nie weźmiesz za niego odpowiedzialności i nie zabierzesz z sobą? *Nadal nie mogłem tego zrozumieć.*

Itachi:
Tu? Do dziczy? Nie. To zbyt ryzykowne. Poza tym... nie chcę go skrzywdzić...

Pain:
A mało go skrzywdziłeś? Ta dodatkowa odrobina nie zaszkodzi. Jakiej dziczy? Od urodzenia w niej mieszkał... *Wiedziałem że nie powinienem tego mówić.*

Itachi:
*Spojrzałem na niego zmrużonymi oczami* Nie. On nie mieszkał w takiej dziczy. On, w porównaniu do wielu osób, przez te parę lat był księciem... Krzywda? Nie chodzi tu o byle słowa. Nie chcę go zranić... dosłownie.

Pain:
* Co ja sobie myślałem...? Czy on... chciał jego... , dziecko? Co do cholery....?! Zmroziło mnie.* Jesteś popaprańcem...

Itachi:
C..co? *Spojrzałem na niego zdziwiony* Co masz na myśli?

Pain:
Nic ponad to czym jesteś - dzikusem.

Itachi:
*Patrzyłem na niego nie rozumiejąc. Przez chwilę analizowałem swoje słowa. O co mu chodziło?... Otworzyłem szerzej oczy* Czy ty myślisz, że ja brata...? Nie! A skąd! *Krzyknąłem, śmiejąc się. Czy on naprawdę o tym pomyślał. Nie no ja nie mogę...*

Pain:
Czemu miałbym w to wierzyć? *Wsiadłem na konia* Czy ten mały wie że to ty posłałeś resztę plemienia do piachu? A może to taki zwyczaj rodzinny?

Itachi:
*Spojrzałem na niego poważniejąc* Nie. No tak. Mi nie można wierzyć. Jestem dzikusem bez przyszłości, który spełnia się tylko w ratowaniu życia komuś, kogo nie zna. I w zabijaniu własnej rodziny. Tak właśnie, bo po co? *Mówiłem w kółko.* Tak, oczywiście. I jestem podejrzewany o kazirodztwo, jak dzikus właśnie. *Wstałem i spojrzałem gniewnie na niego.* Dla twojej informacji: nie gustuję w małych dzieciach! *Krzyknąłem zły na wszystko. Zaszkliły mi się oczy. Brakowało jeszcze, bym się rozpłakał.*

Pain:
*Głos mu ochrypł i nie zrozumiałem części tego co mówił ale byłem zbyt wzburzony, a jego reakcja dorzuciła drewna do ognia.* Wolałbym zginąć wraz z Sasorim niż być uratowanym przez kogoś takiego... coś takiego.

Itachi:
Psh! *Prychnąłem i się odwróciłem od niego* Niczego nie rozumiesz! *Krzyknąłem i poszedłem pod swoją skałę, gdzie zawinąłem się w kłębek, chcąc odciąć się od rzeczywistości. Być zjawą, która nawiedza stepy*

Pain:
Czego nie rozumiem? Co tu jest do rozumienia? *Oddalił się jak spłoszone zwierzę a mój koń chyba wyczuł jego nastrój bo parsknął zdenerwowany.*

Itachi:
*Nie odpowiedziałem. Nie odwróciłem się. W moich oczach pojawiły się łzy. Łzy, które rzadko się tam pojawiały. Moim ciałem wstrząsnął szloch. Szloch tłumiony latami. Nic już się nie da zmienić. Czas mija, a ja pozostanę taki jaki jestem. Z piętnem morderstwa. Morderstwa, które było jedynym słusznym rozwiązaniem. Biali nie wiedzieli, do czego zdolni są Uchiha. Jeśli pozwoliłbym walczyć im z nami, zostaliby zmieceni z powierzchni ziemi... To było...*

Pain:
*Otworzyłem usta widząc w świetle ogniska jak drży, a chwilę potem usłyszałem żałosne zawodzenie i był to płacz jakiego nigdy w życiu nie spotkałem. Co to miało oznaczać? Czy on był zrównoważony? Poniosło mnie. Wcześniej, po tym jak uratował mi życie przestałem an niego patrzeć jak na kogoś obcego... a nawet, nie umiem tego określić, ale nigdy nie przychodziło mi na myśl że mógłby kogoś skrzywdzić chociaż widziałem jak zabija ludzi... Ironio. Czym mnie tak omamił? Zeskoczyłem z siodła. Niech Bóg ma mnie w swojej opiece. Zbliżyłem się do niego szybkim krokiem i podniosłem łapiąc za ramiona bym mógł go przyciągnąć za kark do swojej piersi. Ostatni raz serce biło mi tak szybko gdy tamtego pamiętnego dnia myślałem że umrę.*

Itachi:
*Zaskoczony nagłą zmianą położenia, jeszcze bardziej wczepiłem się. Czemu ja? I czemu przy nim!? Łzy nie przestawały mi wypływać z oczu. Chciałem się od niego odsunąć i spędzić te najgorsze chwile samotnie, bez świadków. Bo czego on ode mnie może chcieć? Jeszcze chwilę temu wyzywał mnie od popaprańców, nie rozumiał mnie i w ogóle, a teraz co? Pociągnąłem nosem... Chciałbym, by się nie oddalał*

Pain:
*Obejmowałem go czekając aż się uspokoi, przez ubranie czułem jak szybko bije mu serce i urywa się oddech ze mną było podobnie ale z czystego strachu. *

Itachi:
*Powoli zaczynałem się uspokajać. Ale. Co się stanie zaraz jak się uspokoję? Wyciągnie rewolwer i mnie zastrzeli? Czy nożem potnie mnie na kawałki? Cokolwiek zrobi, będzie słuszne. Nie powinienem żyć.*

Pain:
*Zamilkł ale żadne z nas nie poruszyło się i z jednej strony cieszyła mnie każda taka sekunda, a z drugiej narastała presja by to przerwać. Co robić...?*

Itachi:
*Zamknąłem oczy i rozluźniłem się.*Zabij mnie*Powiedziałem cicho. Niech mnie zabije i będę miał z głowy*

Pain:
*Oparł się na mnie ciałem całkowicie nie stawiającym oporu. Przypomniało mi się to o czym mówił Deidara. "Wygląda na smutnego". Czyżby faktycznie to co zrobił zżerało i zabijało go teraz od środka? Sięgnąłem ręką w dół, bardzo powoli i ostrożnie jak w pobliżu rozjuszonej żmijki, położyłem dłoń na rękojeści rewolweru by po chwili odpiąć go z kabury. *

Itachi:
*Bałem się śmierci. Ja ją zadawałem, a nie inni zadawali ją mnie. I tak żałośnie to się skończy. Żałosny koniec żałosnego Indiańca.* Zaopiekuj...się...Sasuke... *Powiedziałem cicho zrezygnowany*

Pain:
*Skinąłem głową.*



*~*~*~*

Wiem, że kończę w takim momencie, ale rozdział musiałam skończyć teraz, bo gdybym dała całość, byłoby to za długie.
Za tydzień wrzucę kolejny rozdział. Obiecuję~~

Tylko niech ktoś powie, czy mu się podobało >.>

2 komentarze:

  1. I komu miał przeszkadzać ten długi rozdział? >.>
    Wrzućże go trochę szybciej!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ano, i zostawiam GG: 41324635.
      To jednak wygodniejsze.

      Usuń