sobota, 14 kwietnia 2012

Cross-over. Sprawa dla detektywa 4

Sebastian wezwał posiłki. Ale miały nadejść dopiero po jutrze.
-No wiesz, Sebastianku – mówił Grell przez telefon. -  Trzeba wszystko przygotować a Will ma zajęty grafik...
Mimo wszystko Sebastian musiał się zgodzić na to oczekiwanie.Kazał mu się tylko pospieszyć i zakończył rozmowę.
-Paniczu – zwrócił się do Ciela wchodząc do salonu. - Grell pojawi się tu dopiero w czwartek.
-Czyli musimy na niego poczekać? -zapytał a potem westchnął cierpiętniczo. - Kolejne dwa dni zamknięty w domu.
-Może wyjdziemy na spacer, paniczu? -zaproponował.
-Do czego zmierzasz?
-Panu przyda się trochę świeżego powietrza, a ja chętnie zobaczę jak Tokyo zmieniło się od mojego ostatniego pobytu tutaj.
-A kiedy to było?
-Oj dawno.
-Hrabio – zaczął L odwracając się na krześle. - chyba nie zamierzasz iść na miasto w takim ubraniu?
-A co w nim jest złego? - spojrzał na swój XIX wieczny strój.
-Dzieci nie  chodzą już tak ubrane.
-To w czym na przykład chodzą?
L i Sebastian uśmiechnęli się złowieszczo.

*~*~*

-Cholera! Nienawidzę was!
Sebastian był ubrany w ciemne dżinsy i ciasną koszulkę z napisem „I'm a devil". Do tego założył najzwyklejsze trampki. Na rękach miał czarne rękawiczki bez palców, by nie pokazywać za dużo.
Hrabiego tymczasem ubrano w mundurek szkolny, w jakim paradowała większość uczniów podstawówek w tym kraju. Oczywiście był to biały, marynarski mundurek z niebieskimi paskami i niebieską chustą na szyi.
-Nie marudź, paniczu – powiedział Sebastian z ironicznym uśmiechem. - Przynajmniej nie wyróżniamy się.
Owszem. Dookoła nich znajdowała się masa ludzi. Komponowali się w niej niemal. Nie patrząc na to że Ciel ma europejską urodę to co do reszty nie można było się przyczepić.
-Niech panicz znajdzie jakieś dobre tego strony. Przynajmniej nie paraduje pan w sukience.
-Zamknij się już – warknął i zarumienił się na samo wspomnienie balu u wicehrabiego Druita.

*~*~*

L siedział na swoim posterunku. Watari był poza biurowcem. W hotelu zostali tylko jeszcze służący Ciela. Więcej pracowników nie było.
L wstał z krzesła i poszedł do kuchni. Wracał już stamtąd ze swoją kawą i spojrzał przez okna, w które był zaopatrzony korytarz. Nagle coś się na niego rzuciło. Kubek z kawą rozbił się na podłodze.
-Co się stało?! - krzyknęła Maylen, wybiegając z pokoju obok miejsca zdarzenia. Z pokoju obok wyszli Finni i Bard.
Zobaczyli, jak jacyś zamaskowani ludzie zaatakowali L.
W jednej chwili ogrodnik złapał jednego za ramiona i wyrzucił na drugi koniec korytarza, gdzie grzmotnął o ścianę. Pokojówka wyciągnęła zza bluzki pistolet, którym po chwili wybiła trójkę z atakujących. Reszta wyskoczyła przez okno zbijając szybę.
Bard spojrzał na dół i zobaczył samochód porywaczy. Wpadł do pokoju i wyciągnął stamtąd bazookę. Wycelował przez otwór w oknie i trafił prosto w pojazd. Tamten rozwalił się na małe kawałeczki. Szczęściem, że nikt nieopatrznie nie przechodził ulicą.
-Nic panu nie jest? - zapytała Maylene pomagając Ryuzakiemu wstać
-Nie, nic. Zastanawia mnie tylko, jak oni się tutaj dostali.
-Mimo wszystko już nie żyją – skwitował Bard.
-Mogliście jednego zostawić. Dałby nam informacje.
-Za późno – mruknął Finni.
Kucharz i ogrodnik pozbierali zwłoki a Maylene przeszukała ich kieszenie.
-Gdybym umiała po japońsku – powiedziała, patrząc na jakiś dokument.
-Daj – L wyrwał jej z rąk identyfikator i mu się przyjrzał. - Takashi Mitsumoto. Shinigami. O nie!
-Co się stało? - zapytała trójka.
-Zabiliście bogów śmierci.

*~*~*

-Sebastian, patrz. Lody – zachwycił się Ciel patrząc na cukiernię, obok której przechodzili.
-Paniczu, przecież ty od lat już nie jesz normalnych posiłków.
-Ale moje kubki smakowe dalej są przystosowane do smaku słodyczy - żachnął się chłopiec.
Weszli do środka cukierni, której w gablotkach było pełno słodyczy. Od malutkich ciastek po wielkie torty. Oni podeszli do lodówki.
-Jakie? - zapytał panicza Sebastian.
-Wiśniowo-czekoladowo-waniliowe – odparł a po chwili dodał: - Z czekoladową posypką.
-A owoce?
-Cytryna.
-Co podać? - zapytał cukiernik po japońsku?
-Po kulce wiśniowej, czekoladowej i wiśniowej, z czekoladową posypką i cytryną na wierzchu – odparł lokaj w tym samym języku. - A dodatkowo zwykłe pistacjowe.
Cukiernik nałożył porcje i stawiając je na ladzie zaczął:
-Zgaduję, że pistacjowe dla pana, a te duże dla synka?Sebastian roześmiał isę, co spotkało się z niezrozumieniem ze strony Ciela oraz cukiernika.
-Nie, to nie jest mój syn – odparł i zapłacił za lody. Wziął pucharki i przeniósł je na stolik.
-Z czego się śmiałeś? - zapytał go hrabia po angielsku.
-Uznał cię, paniczu, za mojego syna.
-To było takie zabawne?
-Bardzo, paniczu. Tym bardziej, że chyba nie wyglądam tak staro, by mieć nastoletniego syna.
-Tu się zgadzam – rzekł i zatopił łyżeczkę w deserze. - Smacznego.
Ale Sebastian nie odpowiedział. Zdziwiony Ciel podniósł wzrok znad pucharka i zobaczył zamyślonego lokaja. Podążył za jego wzrokiem w stronę okna.
-Sebastianie – zwrócił się do niego wyrywając go z zawieszenia. - Czy ten kot, który pobiegł na drugą stronę ulicy jest tak fascynującą rzeczą, aby zaniedbywać swojego pana?
-Przepraszam, paniczu. Jednak ten kot urzekł mnie swoją gracją, z jaką przebiegł przez tę ulicę unikając zderzenia z ludzkimi nogami.
-Dobra, już jedz i nie gadaj.

*~*~*

W celi ne było wygodnie. Siedział na pryczy, która od lat nie powinna się nadawać do spania. Do ściany przykuto jego przyjaciela, który jednocześnie był jego współpracownikiem. Był nieprzytomny, odkąd go tutaj przywlekli. A to było trzy dni temu.
Ostatecznie wstał i sprawdził łańcuchy przykutego. „Trochę się pobawić i puszczą" - pomyślał.
Wtedy oczy wiszącego się otworzyły i fioletowe tęczówki spojrzały na niego.
-Hisoka... wody... - wymruczał.
Dostał pod usta manierkę. Nie pił jak zwykle. Nie były to zachłanne chałsty. Pił spokojnie nawilżając każdą tkankę w jamie ustnej a potem połykając to, aby nawilżyć gardło.
-Cholera -syknął.
-Rana ci się znowu otworzyła – oznajmił jasnowłosy.
Widział jak plama krwi na prowizorycznym opatrunku się powiększa. Ściągnął kurtkę i oderwał rękaw koszuli. Drugi już był oderwany.
-Hisoka... - zdziwił się na ten gest Tsuzuki.
Ale młodszy bez słowa zaczął tamować krew. Znalazł jakiś kawałek czegoś twardego i przykładając do rany, zabandażowanej starym kawałkiem rękawa, obwiązał kolejną warstwą materiału. Mocno zawiazął, by zatamować krwotok i wstał.
-Dziękuję, Hisoka – powiedział fioletowooki i zemdlał.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz