Ayano: Itachi nie ma czarnej skóry, jak przeczytasz o jego wyglądzie niżej...
A po drugie już ustawiłam ^ ^"" mam nadzieje, że działa.
Tak oto dalsze losy Indianina.
Zapraszam do czytania~~
*~*~*~*
Itachi: *Cały dzień aż do wieczora
myślałem nad tym, co mam robić. Powiedziałem ojcu, że mamy do
rana dać odpowiedź i że sam pojadę im ją przekazać. Mimo chęci
w jego oczach, nie sprzeciwił mi się. Bał się mnie. Nadeszła
noc. Zostałem wybrany na dzisiejszego stróża. I dobrze. Wszyscy
poszli spać. Wdrożyłem plan w życie. Niech mnie potępią duchy
przodków, ale tak mogę ochronić moje plemię. Po kolei i bezszelestnie każdy odchodził do krainy wiecznych łowów. Każdy
prócz jedynej osoby, której skrzywdzić nie mogłem. Zabrałem go
jeszcze w okryciu i śpiącego na konia i nad ranem wyruszyłem w
kierunku osady bladych twarzy.*
Pain: *Przekląłem soczyście gdy
czarny mustang po raz kolejny mnie z siebie zrzucił. Otrzepałem z
siebie piasek uciekając przed nim po całej zagrodzie. Kurz po
prostu się ze mnie sypał a moje wysokie buty trzeszczały od
kamieni wewnątrz... zgrozo. Przeżegnałem się zamaszyście już po
tym jak przeskoczyłem drewniany płotek i znalazłem się poza
zasięgiem bestii. Wszyscy czekaliśmy na transport surowców,
chwilowo budowa stanęła w miejscu. *
Itachi: *Już słońce było wysoko,
gdy zbliżyłem się do osady białych. Jedni leżeli w cieniu
namiotów, inni siedzieli w grupkach o czymś rozmawiając. Zawsze
dziwiło mnie, gdzie są kobiety, ale najwyraźniej żadnej z nimi
nie było*
Pain: *Dostrzegłem samotnego jeźdźca
zmierzającego w naszym kierunku. Kilku ludzi i żołnierzy również
go dostrzegło. Gdzieś w tym tłumie pojawił się major i
nadzorca.*
Itachi: *Zbliżyłem się bardzo
blisko i zszedłem z konia, zostawiając śpiącego dalej na koniu.
Aż dziw, że się nie obudził. Stanąłem w bezpiecznej odległości
od nich i czekałem, aż podejdą bliżej przedstawiciele*
Pain: *Podbiegłem do drewnianego
ogrodzenia i stanąłem na nim opierając się o drewno by mieć
lepszy widok na przedstawienie. Na czoło wysunął się tłumacz i
nadzorca. Dowódca łypał na nich jak szakal na królika. *
Itachi: Hawk blade twarze. *Przywitałem
ich podniesioną dłonią. Moja twarz była bez emocji. Obserwowałem
wszystko niczym przyczajone zwierzę. Patrzyli na mnie. Zrobił się
większy ruch. Oderwali się od swoich pogaduszek oraz od spania.
Byłem w centrum zainteresowania.*
Pain: *Teraz mogłem mu się przyjrzeć
z bliska i nie oślepiało mnie słońce. Zmieszałem się trochę,
może to nie był Indianiec? Miał mleczną skórę... i mówił po
angielsku. Może to jakiś emigrant? Nie raczej mało możliwe.
Czarne włosy prostymi pasmami opadały mu na mocno zniewieściałe
rysy twarzy. Był bardzo młody i dopiero wchodził w męski wiek ile
mógł mieć? 16-17? Do takiej urody nie pasowała mina z jaką się
zwrócił do moich przełożonych. Gdyby spojrzał w moja stronę
mógłbym zobaczyć jego oczy które teraz zasłaniała grzywka,
podejrzewałem że są równie czarne co włosy albo ciemno
brązowe... A może nie? Jeżeli Indianie zgodzili się na
przeniesienie wioski to chyba umrę ze śmiechu spadając z tego
płotu, heh.*
Itachi: Mam jeden warunek.
*Powiedziałem do reprezentantów.* Nie powinien was dużo kosztować.
Pain: *Mieli się zgodzić ? O rany,
jednak nie spadłem z płotu. Nadzorca był rozweselony i ochoczy, i
wydaje mi się, że z miejsca zgodziłby się na wszystko tylko by nie
marnować amunicji i prochu.*
Itachi: Zabierzecie jego do miasta.
*Wskazałem na śpiący tobołek na koniu.* I zapewnicie mu godne
warunki życia oraz naukę waszego języka *Oznajmiłem.*
Pain: *O czym on marzył? Czy to
możliwe że to jego syn? E? Tak czy owak pewnie zabiją małego
apacza, czy czym jest to grzeszne stworzenie. Nadzorca się zgodził.*
Itachi: Jeśli zabijecie go, ja zabiję
wszystkich. Nawet się nie obejrzycie.*Powiedziałem. Jeśli nie wierzą
mogę zaprezentować*
Pain: *Nadzorca gorąco zapewniał że
takie zdarzenie nie będzie miało miejsca, ale dodał też że podróż
małego na stary ląd będzie możliwa najbliżej za kilka miesięcy.
*
Itachi: W takim razie macie go tu
dobrze traktować. Będę was obserwował *Powiedziałem i
przywołałem gestem ręki konia.*
Pain: *Opiekować? Jesteśmy bandą
recydywistów ale skąd on może to wiedzieć? Nadzorca zawołał
Sasoriego by odebrał dzieciaka.*
Itachi: *Ściągnąłem brata z konia.
Otworzył oczy i spojrzał na mnie* Ita? Gdzie jesteśmy? *Zapytał.*
U bladych. *Odparłem.* Od teraz będziesz z nimi mieszkał. A potem
wyjedziesz. Pamiętaj kim jesteś, nie daj się, ale też daj się
uczyć. Pamiętaj, że nie masz dokąd wrócić.* Powiedziałem mu
cicho* Do widzenia Sasuke.
Pain: *Przez chwilę myślałem że
Skorpion chwyci małego za kark jak robi się z szczeniętami ale
nie... Ostrożnie złapał go pod ramionami i usadził na swoim koniu
nie patrząc na Indianina.*
Itachi: Itachi~! *Krzyknął mój brat,
ale ja się nie odezwałem już do niego. Zwróciłem się jednak do
nadzorcy.* Nazywa się Sasuke. I tak go nazywajcie.
Pain: *Mały szarpał się wiec Sasori
przytrzymywał go jedną ręką. Nadzorca pospiesznie i z
zadowoleniem składał wianuszek serdecznych obietnic.*
Itachi: Moje słowa nie są bez
pokrycia *powiedziałem* Z plemieniem nie będziesz miał już
problemów. Nie istnieją już. *Dodałem, wchodząc na konia.*
Pain: *Nadzorca nagle przestał się
idiotycznie uśmiechać podobnie jak tłumacz. Zapytali co to znaczy.
*
Itachi: W niedługim czasie odeszli do
krainy wiecznych łowów. *Oznajmiłem z błyskiem w oku.*
Pain: *Nadzorca pikował głową nie
rozumiejąc podobnie jak ja a reszta chłopaków i żołnierzy
zaczęła szeptać między sobą.*
Itachi: *Widziałem niezrozumienie w
ich oczach. Poczekałem chwilę po czym powiedziałem to bardziej
zrozumiale dla nich.* Nie żyją.
Pain: *O ho, dobre. Nikt nie pytał ani
nie dociekał nawet wścibski tłumacz więc odezwałem się z
swojego miejsca głosem ciekawskiego dziecka. Zdecydowanie nie
powinienem się odzywać. * Co się z nimi stało?!
Itachi: *Spojrzałem w kierunku, z
którego słychać było głos. To ten o dziwnym kolorze włosów, co
przyglądał mi się kilka dni temu.* Zabiłem ich*Oznajmiłem z
kamienną twarzą.*
Pain: *W sumie czego się było można
spodziewać po dzikusie który nie wie czym jest moralność i
przykazania Boże. Uśmiechnąłem się do niego zwyczajnie kpiąc
sobie z jego osoby ale zaraz skarcił mnie wzrok Majora i Nadzorcy. *
Itachi: Nie kpij sobie z łowcy, który
może cię zabić. *powiedziałem do niego.*
Pain: *Czy ten skośnooki dzikus mi
grozi?! Jak ja zaraz... Przełknąłem ślinę gdy nagle czyjaś
dłoń boleśnie zacisnęła się na moim ramieniu. Obok stał Sasori
już bez konia i dzieciaka. Prychnąłem głośno w stronę Indiańca
a nadzorca, pomimo wściekłości iż psuję jego idealną transakcję,
nie ośmielił się stanąć po stronie tubylca w konflikcie z
białym.*
Itachi: *Zmierzyłem go jeszcze raz
wzrokiem. Co ktoś taki mógł wiedzieć o tym, co czuję? Zawróciłem
konia i odjechałem. Gdy byłem już kawałek od obozowiska, z moich
oczu po płynęły łzy. Nie miałem się gdzie udać. Musiałem
znaleźć teraz sobie jakieś miejsce na pustyni.*
Pain: *Nikt nie umiał się porozumieć
z naszym problematycznym "gościem". Mały albo krzyczał,
albo płakał, albo bełkotał po jakiemuś czego nie rozumieliśmy.
Nie chciał też jeść nic z naszego jedzenia. Trzymałem się do
niego możliwie jak najdalej. Wygląda na to że Nadzorca zamierzał
dotrzymać danej obietnicy i dzieciak- o ile nie padnie z głodu,
pojedzie do Angli.*
Itachi: *Zbudowałem sobie szałas
ćwierć dnia drogi konno od obozowiska białych. Raz na jakiś czas
wybierałem się w ich okolicę, by sprawdzić, jak radzi sobie mój
brat. Z tego co się dowiedziałem, nic nie jadł od nich. Ale
zauważyłem, że łapał małe zwierzątka, które, gdy nikt nie
patrzył, zjadał bez przygotowania. Z głodu przynajmniej nie umrze.
Chciałem jakoś dać mu jakiś sygnał, czy coś, ale nie mogłem.
po siedmiu dniach, dopadłem jednego z obozowiczów na jego służbie
i dałem mu do zrozumienia, że muszą z nim dojść do ładu.
Kazałem też mu przekazać wiadomość dla Sasuke na kawałku
materiału, w której daję mu do zrozumienia, że musi przeżyć, by
założyć kiedyś nową wioskę*
Ale dziwnie, Apacze byli ciemni z tego co wiem, i z jakiej racji Ita ciągle mówi na nich "blade twarze" skoro sam jest biały ? xD
OdpowiedzUsuńAle ok, nie wtrącam się, bo i tak mi się podoba.
+ działa :D
A o ile życie ułatwia.