niedziela, 16 września 2012

Kolej żelazna 8

Bo Ayano nalegała

*~*~*

Pain:
*Wyjąłem broń i podetknąłem mu ją* sam to zrób.

Itachi:
*Pokręciłem głową.* Nie potrafię się tym posługiwać *Zamknąłem oczy, przygotowany na wszystko. Ręce mi się trzęsły, a po chwili całe ciało. Strach.*

Pain:
*Jak można w takim momencie bać się śmierci? Co jeszcze miał do stracenia...? Nie chciałem na to patrzeć, a co dopiero go zabijać.* To nie jest trudne wystarczy pociągnąć za spust. Wsadź lufę w usta. *Poinstruowałem. Wielu moich znajomych się zabiło na moich oczach. Bóg będzie dla nich wyrozumiały i choć nie czeka ich niebo to piekło też nie.*

Itachi:
*Zagryzłem wargi.* Wolę zginąć z czyjeś ręki. Nie mogę sam się zabić. To byłoby... karygodne... Nie dostanę się... Nie. Na co ja liczę? Że pójdę do krainy wiecznych łowów? *Otworzyłem oczy i odchyliłem głowę do tyłu tak, że widziałem wieczorne niebo.* Żałosna śmierć łasicy ją zwiastującej...

Pain:
*On się nie zabije ani ja tego nie zrobię. Pogładziłem jego włosy, bo chciałem wykonać jakikolwiek inny gest niż podniesienie broni.*

Itachi:
*Drgnąłem. Serce zabiło mi jeszcze szybciej. Przez moment myślałem, że to kula, ale potem rozróżniłem dotyk palców. Czemu jeszcze nie umarłem? Opuściłem głowę i spojrzałem na niego spod grzywki.* Czemu mnie nie zabijasz? Myślałem, że tylko na to czekasz. Ze czekasz, aż ten Indianiec w końcu zginie, a jego brata będzie można się pozbyć...

Pain:
Twój brat to nie mój interes, nie mam wobec niego żadnych zobowiązań tak samo jak względem ciebie. *Nie przestawałem gładzic jego włosów. Nie myślałem że to robię.* Czy tego chcę czy nie, zawdzięczam ci życie...

Itachi:
Dopiero co powiedziałeś, że wolałbyś umrzeć niż zawdzięczać mi ratunek...

Pain:
Tak, ale nie umarłem. A to czego chcę jest mało ważne.

Itachi:
*Chwilę się nie odzywałem. Ale kolejna fala przyszła.* Zabij mnie do jasnej cholery! *Krzyknąłem histerycznie wtulając się w niego.*

Pain:
*Palce zacisnęły się na jego włosach i mechanicznie szarpnąłem za nie w dół zmuszając go do odchylenia głowy. W tym momencie jego przydługie paznokcie wbiły się na wysokości żeber, w materiał koszuli którą nosiłem. To była reakcja jaką znałem. Tak zachowywały się koty odciągane od ciała, kiedy chwyta się je za skórę na karku. Nachyliłem się i gwałtownie go pocałowałem. *

Itachi:
*Szarpnięcie a potem... Gwałtownie otworzyłem oczy. Co on robił?! Co to... za uczucie? Co...? Po...całunek...? Szok, jaki przeżyłem sprawił, że moje ciało zostało jakby sparaliżowane. To było coś, czego nie doświadczyłem nigdy wcześniej. Z jednej strony trochę brutalne, a z drugiej, tak miłe i przyjemne mnie uczucie ogarnęło. Tylko... co..?*

Pain:
*Pchnąłem jego ciałem na nagą skałę, a po tym jak poczułem ją pod swoimi kolanami i przedramieniem jednej ręki. Stwierdzam że była ciepła, nagrzana słońcem. Zwilżyłem jego usta językiem, a świadomość tego co robię była w pełni bolesna. Wolną rękę wsunąłem pod jego koszulę z materiału którego nie rozpoznawałem, ale była delikatna w dotyku.*

Itachi:
*Chwila. C-co on robił? I czemu poddawałem się temu? delikatnie oddałem pocałunek, samemu sobie nie dowierzając. Ale... to było niezależne ode mnie. Nawet moja narzeczona nie sprawiała, bym... czuł się tak jak teraz. Dlaczego on...? Skała, na której leżałem była bolesnym podłożem. Jej nierówności wbijały mi się w kręgosłup. Jednak te usta...*

Pain:
*Złożyłem kilka drobnych i szybkich pocałunków na jego bladej skórze szyi a następnie podniosłem się na kolana. Miał delikatna skórę, dotknąłem jego kości biodrowych i zacisnąłem na nich dłonie. Nie bez trudu chłopak pode mną został przewrócony na brzuch i podciągnięty do góry, tak by jego pośladki i uda znajdowały się mniej-więcej na wysokości mojego paska, który rozpinałem szybkimi chaotycznymi ruchami. Kiedy paski razem z drugim, pozostałym w kaburze rewolwerem upadły na skałę z grzechotem, pochyliłem się nad nim przytulając tors do jego pleców i obejmując jednym ramieniem w talii.*

Itachi:
*Chwila.. czy on... on chce... Ale... Właściwie, czego się obawiam? I tak mnie zabije. Mogę się mu oddać. Dzieci z tego nie będzie... Jego dotyk...Ale ten kamień uwierający ciało.. Jęknąłem cicho zamykając oczy i czekając na nieuniknione...*

Pain:
*Zsunąłem i jego dolną odzież na wysokość kolan na których klęczał. Gdy chwilę po tym, całowałem go w kręgosłup miedzy łopatkami miałem sucho w ustach od ślinienia palców. Wszystko co robiłem, każdy mój ruch był tak gwałtowny i pospieszny że prawie się w tym gubiłem. Przyświecała mi jedyna myśl by mieć go jak najszybciej. Znaczyłem każdy wystający kręg na plecach pocałunkiem wsuwając w niego palce. Westchnięcie. Moje westchnięcie, gdy poczułem jak bardzo jest ciasny i jak to ciało reaguję na moją ingerencję.*

Itachi:
*Jęknąłem raz, drugi, kolejny i z każdym następnym. To było uczucie nie do opisania słowami. Czymkolwiek. Już wiem, co czuli chłopcy z dalszych linii gałęzi rodu, gdy szaman zabierał ich na "wycieczki". To uczucie wypełnienia. I te stopniowe, coraz bardziej odczuwalne podniecenie... Więcej. Więcej!*

Pain:
*Dźwięki które wydawał były ciche ale wystarczyły bym wiedział że w jakiś sposób jest mu dobrze. Oparłem obie dłonie w jego pasie i zacząłem go stopniowo nabijać na siebie. Zamknąłem oczy i odchyliłem głowę wzdychając przeciągle. Nie chciałem wyrządzić mu krzywdy ale też trudno było mi się powstrzymywać. Ponownie byłem nad nim pochylony gdy powolnymi acz stanowczymi pchnięciami przyzwyczajałem go do tej sytuacji. *

Itachi:
Aa... * Trafił w to miejsce. TO miejsce, które sprawiało największą falę. Raz, dwa razy. Byłem już na granicy. Tym bardziej, że nie praktykowałem takich zbliżeń, czy jakichkolwiek zbliżeń...*A... a... *Jęczałem z chwilą czując, że brak mi tchu. Zostało mi nie wiele do przekroczenia tej granicy.*

Pain:
*Wsunąłem dłoń między jego uda i ścisnąłem męskość stymulując chłopaka jeszcze bardziej. Przesunąłem po jego długości kilka razy i poczułem jak spina się cały i wygina plecy w łuk dochodząc w moją rękę.*

Itachi:
*Uczucie jakbym się rozpływał. Cudowne uczucie. Moje nogi zrobiły się miękkie ale byłem ciągle przez niego podtrzymywany. Ogarnęło mnie zmęczenie, ale nie mogłem pójść spać. Nie teraz. jeszcze nie koniec. *

Pain:
*Skupiłem się całkiem na dopychaniu bioder do jego pośladków i nie musiałem długo czekać na swoje szczytowanie w nim. Jęk, który stłumiłem przytulając usta do jego pleców na powrót a potem kolejne długie westchnienie oznajmiające rzecz której bardzo długo nie było mi dane odczuwać. Oparłem się na nim, a mój ciężar zmusił go do położenia się płasko na ciepłym skalistym podłożu. Ważyłem trochę i jakaś budząca się do życia szara komórka podsunęła, że nie powinienem przygniatać do kamieni czarnowłosego. Posłuchałem jej i zszedłem z niego kładąc się obok na plecach. *

Itachi:
*Kiedy zszedł ze mnie poczułem ulgę. I coś wypływającego ze mnie... Resztką sił podciągnąłem sobie spodnie. Spojrzałem na bok w jego kierunku. Oddychał ciężko. Wstałem i lekko chwiejnym krokiem podszedłem po moje poncho, którym okryłem go, a sam położyłem się tuż pod skałą i zamknąłem oczy. Nie miałem siły teraz już nawet stać*

Pain:
*Poczułem że mnie okrywa to wydało mi się niestosownie... miłe i czułe. Wysiliłem się by podnieść tyłek i naciągnąć na niego spodnie. Był blisko mnie ale nie położył się obok, szurając po kamieniach przysunąłem się na tyle by jego też okryć i czuć ciepło drugiego ciała. Z tego wszystkiego co się stało przyjdzie się rozliczyć dopiero jutro.*






Epilog:


Pain:
*Następnego dnia obudziłem się, jak tylko słońce przygrzało mi w twarz. Otworzyłem oczy i spojrzałem wokół siebie. Ognisko zagaszone... Byłem sam. Obok mnie stał przywiązany mój koń. Jednak Itachiego ani jego rzeczy tu nie było. Wstałem i rozejrzałem się. Ani śladu po tym Indianinie. Czyżby coś mu się stało? Może... Może wkurzył się na mnie? Słońce było już wysoko, więc założyłem swoją koszulę na siebie i wsiadłem na konia. Wróciłem do obozowiska.
Codziennie wracałem w poszukiwaniu Indianina, ale już go nie zastałem, tak jak nie widziałem go w ogóle w okolicy na codziennych patrolach z Deidarą... Aż w końcu nastał dzień wyjazdu małego Sasuke. Nie płakał, choć miał już szklanki w oczach. Siedział obok mnie na koniu, kiedy jechaliśmy z pustymi wozami do portu trzy dni drogi od nas. Już zbliżaliśmy się do miasta. Słyszałem mewy, które skrzeczały nam nad głowami. Już na miejscu ściągnąłem chłopca z siodła i pokazałem mu statek, którym będzie płynął w towarzystwie Tobiego, jednego z naszych współtowarzyszy. Miał mu na miejscu znaleźć przytułek.*
Ale ja nie chcę jechać *Powiedział Sasuke. Jednak byłem nieugięty. Sam wprowadziłem go na statek, po czym ulokowałem na skrzyni*
Najwyżej wrócisz. Ale najpierw dorośnij *stuknąłem go w czoło. Pomasował je i spojrzał na ocean. Potarmosiłem go jeszcze krótko po włosach i zszedłem na ląd. Nie lubiłem statków...*
To cześć mały! *pomachałem krótko Indianinowi, wsiadając na konia. Tamten ukrył się na statku, a ja zwróciłem się w kierunku naszego obozowiska...
I wtedy ujrzałem jego. Stał wyprostowany na swoim rumaku, jak na jakimś obrazku i patrzył w naszą stronę. Uśmiechnąłem się pod nosem. Już się bałem, że popełnił samobójstwo. A jednak nie... Stał tam i patrzył tu. Był jednak za daleko, bym mógł stwierdzić jaką miał minę. Ruszyłem mniej więcej w jego kierunku. Nie odjechał. Im byłem bliżej tym bardziej widziałem jego twarz... I czy...*
Ty płaczesz...

Itachi:
*Zabierali go. Tak będzie lepiej... Mówiłem tak sobie od kilku dni, odkąd zmieniłem miejsce biwakowania. Przez niego. Przez tego, który właśnie się do mnie zbliżał...*
I co z tego?

Pain:
Nic *wzruszyłem ramionami.* Jedziesz ze mną?

Itachi:
*Skinąłem głową. Statek odpływał. Ruszyłem za nim. Gdzieś tam w nieznane.*



THE END

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz