Bo Ayano nalegała
*~*~*
Pain:
*Wyjąłem broń i podetknąłem mu ją* sam to zrób.
Itachi:
*Pokręciłem głową.* Nie potrafię
się tym posługiwać *Zamknąłem oczy, przygotowany na wszystko.
Ręce mi się trzęsły, a po chwili całe ciało. Strach.*
Pain:
*Jak można w takim momencie bać się
śmierci? Co jeszcze miał do stracenia...? Nie chciałem na to
patrzeć, a co dopiero go zabijać.* To nie jest trudne wystarczy
pociągnąć za spust. Wsadź lufę w usta. *Poinstruowałem. Wielu
moich znajomych się zabiło na moich oczach. Bóg będzie dla nich
wyrozumiały i choć nie czeka ich niebo to piekło też nie.*
Itachi:
*Zagryzłem wargi.* Wolę zginąć z
czyjeś ręki. Nie mogę sam się zabić. To byłoby... karygodne... Nie dostanę się... Nie. Na co ja liczę? Że pójdę do krainy
wiecznych łowów? *Otworzyłem oczy i odchyliłem głowę do tyłu
tak, że widziałem wieczorne niebo.* Żałosna śmierć łasicy ją
zwiastującej...
Pain:
*On się nie zabije ani ja tego nie
zrobię. Pogładziłem jego włosy, bo chciałem wykonać jakikolwiek
inny gest niż podniesienie broni.*
Itachi:
*Drgnąłem. Serce zabiło mi jeszcze
szybciej. Przez moment myślałem, że to kula, ale potem rozróżniłem
dotyk palców. Czemu jeszcze nie umarłem? Opuściłem głowę i
spojrzałem na niego spod grzywki.* Czemu mnie nie zabijasz? Myślałem,
że tylko na to czekasz. Ze czekasz, aż ten Indianiec w końcu
zginie, a jego brata będzie można się pozbyć...
Pain:
Twój brat to nie mój interes, nie mam
wobec niego żadnych zobowiązań tak samo jak względem ciebie. *Nie
przestawałem gładzic jego włosów. Nie myślałem że to robię.*
Czy tego chcę czy nie, zawdzięczam ci życie...
Itachi:
Dopiero co powiedziałeś, że wolałbyś
umrzeć niż zawdzięczać mi ratunek...
Pain:
Tak, ale nie umarłem. A to czego chcę
jest mało ważne.
Itachi:
*Chwilę się nie odzywałem. Ale
kolejna fala przyszła.* Zabij mnie do jasnej cholery! *Krzyknąłem
histerycznie wtulając się w niego.*
Pain:
*Palce zacisnęły się na jego włosach
i mechanicznie szarpnąłem za nie w dół zmuszając go do
odchylenia głowy. W tym momencie jego przydługie paznokcie wbiły
się na wysokości żeber, w materiał koszuli którą nosiłem. To
była reakcja jaką znałem. Tak zachowywały się koty odciągane od
ciała, kiedy chwyta się je za skórę na karku. Nachyliłem się i
gwałtownie go pocałowałem. *
Itachi:
*Szarpnięcie a potem... Gwałtownie
otworzyłem oczy. Co on robił?! Co to... za uczucie? Co...?
Po...całunek...? Szok, jaki przeżyłem sprawił, że moje ciało
zostało jakby sparaliżowane. To było coś, czego nie doświadczyłem
nigdy wcześniej. Z jednej strony trochę brutalne, a z drugiej, tak
miłe i przyjemne mnie uczucie ogarnęło. Tylko... co..?*
Pain:
*Pchnąłem jego ciałem na nagą skałę,
a po tym jak poczułem ją pod swoimi kolanami i przedramieniem
jednej ręki. Stwierdzam że była ciepła, nagrzana słońcem.
Zwilżyłem jego usta językiem, a świadomość tego co robię była
w pełni bolesna. Wolną rękę wsunąłem pod jego koszulę z
materiału którego nie rozpoznawałem, ale była delikatna w dotyku.*
Itachi:
*Chwila. C-co on robił? I czemu
poddawałem się temu? delikatnie oddałem pocałunek, samemu sobie
nie dowierzając. Ale... to było niezależne ode mnie. Nawet moja
narzeczona nie sprawiała, bym... czuł się tak jak teraz. Dlaczego
on...? Skała, na której leżałem była bolesnym podłożem. Jej
nierówności wbijały mi się w kręgosłup. Jednak te usta...*
Pain:
*Złożyłem kilka drobnych i szybkich
pocałunków na jego bladej skórze szyi a następnie podniosłem się
na kolana. Miał delikatna skórę, dotknąłem jego kości
biodrowych i zacisnąłem na nich dłonie. Nie bez trudu chłopak
pode mną został przewrócony na brzuch i podciągnięty do góry,
tak by jego pośladki i uda znajdowały się mniej-więcej na
wysokości mojego paska, który rozpinałem szybkimi chaotycznymi
ruchami. Kiedy paski razem z drugim, pozostałym w kaburze rewolwerem
upadły na skałę z grzechotem, pochyliłem się nad nim przytulając
tors do jego pleców i obejmując jednym ramieniem w talii.*
Itachi:
*Chwila.. czy on... on chce... Ale...
Właściwie, czego się obawiam? I tak mnie zabije. Mogę się mu
oddać. Dzieci z tego nie będzie... Jego dotyk...Ale ten kamień uwierający ciało.. Jęknąłem cicho zamykając oczy i czekając na
nieuniknione...*
Pain:
*Zsunąłem i jego dolną odzież na
wysokość kolan na których klęczał. Gdy chwilę po tym, całowałem
go w kręgosłup miedzy łopatkami miałem sucho w ustach od
ślinienia palców. Wszystko co robiłem, każdy mój ruch był tak
gwałtowny i pospieszny że prawie się w tym gubiłem. Przyświecała
mi jedyna myśl by mieć go jak najszybciej. Znaczyłem każdy
wystający kręg na plecach pocałunkiem wsuwając w niego palce.
Westchnięcie. Moje westchnięcie, gdy poczułem jak bardzo jest
ciasny i jak to ciało reaguję na moją ingerencję.*
Itachi:
*Jęknąłem raz, drugi, kolejny i z
każdym następnym. To było uczucie nie do opisania słowami.
Czymkolwiek. Już wiem, co czuli chłopcy z dalszych linii gałęzi
rodu, gdy szaman zabierał ich na "wycieczki". To uczucie
wypełnienia. I te stopniowe, coraz bardziej odczuwalne
podniecenie... Więcej. Więcej!*
Pain:
*Dźwięki które wydawał były ciche
ale wystarczyły bym wiedział że w jakiś sposób jest mu dobrze.
Oparłem obie dłonie w jego pasie i zacząłem go stopniowo nabijać
na siebie. Zamknąłem oczy i odchyliłem głowę wzdychając
przeciągle. Nie chciałem wyrządzić mu krzywdy ale też trudno
było mi się powstrzymywać. Ponownie byłem nad nim pochylony gdy
powolnymi acz stanowczymi pchnięciami przyzwyczajałem go do tej
sytuacji. *
Itachi:
Aa... * Trafił w to miejsce. TO
miejsce, które sprawiało największą falę. Raz, dwa razy. Byłem
już na granicy. Tym bardziej, że nie praktykowałem takich zbliżeń,
czy jakichkolwiek zbliżeń...*A... a... *Jęczałem z chwilą
czując, że brak mi tchu. Zostało mi nie wiele do przekroczenia tej
granicy.*
Pain:
*Wsunąłem dłoń między jego uda i
ścisnąłem męskość stymulując chłopaka jeszcze bardziej.
Przesunąłem po jego długości kilka razy i poczułem jak spina się
cały i wygina plecy w łuk dochodząc w moją rękę.*
Itachi:
*Uczucie jakbym się rozpływał. Cudowne uczucie. Moje nogi zrobiły się miękkie ale byłem ciągle
przez niego podtrzymywany. Ogarnęło mnie zmęczenie, ale nie mogłem
pójść spać. Nie teraz. jeszcze nie koniec. *
Pain:
*Skupiłem się całkiem na dopychaniu
bioder do jego pośladków i nie musiałem długo czekać na swoje
szczytowanie w nim. Jęk, który stłumiłem przytulając usta do
jego pleców na powrót a potem kolejne długie westchnienie
oznajmiające rzecz której bardzo długo nie było mi dane odczuwać.
Oparłem się na nim, a mój ciężar zmusił go do położenia się
płasko na ciepłym skalistym podłożu. Ważyłem trochę i jakaś
budząca się do życia szara komórka podsunęła, że nie
powinienem przygniatać do kamieni czarnowłosego. Posłuchałem jej
i zszedłem z niego kładąc się obok na plecach. *
Itachi:
*Kiedy zszedł ze mnie poczułem ulgę.
I coś wypływającego ze mnie... Resztką sił podciągnąłem
sobie spodnie. Spojrzałem na bok w jego kierunku. Oddychał ciężko.
Wstałem i lekko chwiejnym krokiem podszedłem po moje poncho, którym
okryłem go, a sam położyłem się tuż pod skałą i zamknąłem
oczy. Nie miałem siły teraz już nawet stać*
Pain:
*Poczułem że mnie okrywa to wydało
mi się niestosownie... miłe i czułe. Wysiliłem się by podnieść
tyłek i naciągnąć na niego spodnie. Był blisko mnie ale nie
położył się obok, szurając po kamieniach przysunąłem się na
tyle by jego też okryć i czuć ciepło drugiego ciała. Z tego
wszystkiego co się stało przyjdzie się rozliczyć dopiero jutro.*
Epilog:
Pain:
*Następnego dnia obudziłem się, jak
tylko słońce przygrzało mi w twarz. Otworzyłem oczy i spojrzałem
wokół siebie. Ognisko zagaszone... Byłem sam. Obok mnie stał
przywiązany mój koń. Jednak Itachiego ani jego rzeczy tu nie było.
Wstałem i rozejrzałem się. Ani śladu po tym Indianinie. Czyżby
coś mu się stało? Może... Może wkurzył się na mnie? Słońce
było już wysoko, więc założyłem swoją koszulę na siebie i
wsiadłem na konia. Wróciłem do obozowiska.
Codziennie wracałem w poszukiwaniu Indianina, ale już go nie zastałem, tak jak nie widziałem go w ogóle w okolicy na codziennych patrolach z Deidarą... Aż w końcu nastał dzień wyjazdu małego Sasuke. Nie płakał, choć miał już szklanki w oczach. Siedział obok mnie na koniu, kiedy jechaliśmy z pustymi wozami do portu trzy dni drogi od nas. Już zbliżaliśmy się do miasta. Słyszałem mewy, które skrzeczały nam nad głowami. Już na miejscu ściągnąłem chłopca z siodła i pokazałem mu statek, którym będzie płynął w towarzystwie Tobiego, jednego z naszych współtowarzyszy. Miał mu na miejscu znaleźć przytułek.*
Codziennie wracałem w poszukiwaniu Indianina, ale już go nie zastałem, tak jak nie widziałem go w ogóle w okolicy na codziennych patrolach z Deidarą... Aż w końcu nastał dzień wyjazdu małego Sasuke. Nie płakał, choć miał już szklanki w oczach. Siedział obok mnie na koniu, kiedy jechaliśmy z pustymi wozami do portu trzy dni drogi od nas. Już zbliżaliśmy się do miasta. Słyszałem mewy, które skrzeczały nam nad głowami. Już na miejscu ściągnąłem chłopca z siodła i pokazałem mu statek, którym będzie płynął w towarzystwie Tobiego, jednego z naszych współtowarzyszy. Miał mu na miejscu znaleźć przytułek.*
Ale ja nie chcę jechać *Powiedział
Sasuke. Jednak byłem nieugięty. Sam wprowadziłem go na statek, po
czym ulokowałem na skrzyni*
Najwyżej wrócisz. Ale najpierw
dorośnij *stuknąłem go w czoło. Pomasował je i spojrzał na
ocean. Potarmosiłem go jeszcze krótko po włosach i zszedłem na
ląd. Nie lubiłem statków...*
To cześć mały! *pomachałem krótko
Indianinowi, wsiadając na konia. Tamten ukrył się na statku, a ja
zwróciłem się w kierunku naszego obozowiska...
I wtedy ujrzałem jego. Stał wyprostowany na swoim rumaku, jak na jakimś obrazku i patrzył w naszą stronę. Uśmiechnąłem się pod nosem. Już się bałem, że popełnił samobójstwo. A jednak nie... Stał tam i patrzył tu. Był jednak za daleko, bym mógł stwierdzić jaką miał minę. Ruszyłem mniej więcej w jego kierunku. Nie odjechał. Im byłem bliżej tym bardziej widziałem jego twarz... I czy...*
I wtedy ujrzałem jego. Stał wyprostowany na swoim rumaku, jak na jakimś obrazku i patrzył w naszą stronę. Uśmiechnąłem się pod nosem. Już się bałem, że popełnił samobójstwo. A jednak nie... Stał tam i patrzył tu. Był jednak za daleko, bym mógł stwierdzić jaką miał minę. Ruszyłem mniej więcej w jego kierunku. Nie odjechał. Im byłem bliżej tym bardziej widziałem jego twarz... I czy...*
Ty płaczesz...
Itachi:
*Zabierali go. Tak będzie lepiej...
Mówiłem tak sobie od kilku dni, odkąd zmieniłem miejsce
biwakowania. Przez niego. Przez tego, który właśnie się do mnie
zbliżał...*
I co z tego?
Pain:
Nic *wzruszyłem ramionami.* Jedziesz
ze mną?
Itachi:
*Skinąłem głową. Statek odpływał.
Ruszyłem za nim. Gdzieś tam w nieznane.*
THE END
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz