*~*~*
Pain:
*Ściemniało się ale miałem jeszcze
trochę czasu. Znalazłem go po dymie z wieczornego ogniska, a kiedy
zbliżyłem się do tymczasowego obozowiska bladego Indianina
dostrzegłem że przerywam mu kolację.* Dobry wieczór.
Itachi: : *Spojrzałem na przybyłego...
Paina, tak... Cóż on tu robił? Przełknąłem kęs.* Dobry
wieczór *Odparłem* Chcesz trochę? *Wskazałem na odkrojony i
upieczony kawałek mięsa na kamieniu przy ognisku*
Pain:
*Pokręciłem głową. Wolałem nie
jeść niczego z jego rąk. Dalej pamiętałem jak odgrażał
pastorowi. Zszedłem z konia ale stałem dalej przy nim.* Twój brat
cały dzień cię dzisiaj szukał.
Itachi:
*Zachłysnąłem się kawałkiem mięsa
i zacząłem się krztusić* Co? Po co? Jak?
Pain:
Normalnie, oznajmił że idzie i to
byłą jego ostateczna decyzja. Postanowił też że tu zostaje i nie
jedzie do Londynu.
Itachi:
*Wytarłem usta rękawem koszuli i
oparłem się wygodniej o skałę.* Musi wyjechać. Jeśli on tu
zostanie to i ja będę całe życie uwiązany. *Mruknąłem do siebie.*
Pain:
W sumie nikomu to nie robi różnicy
czy pojedzie tam zmuszony siłą czy z własnej dłoni. Czemu nie
weźmiesz za niego odpowiedzialności i nie zabierzesz z sobą?
*Nadal nie mogłem tego zrozumieć.*
Itachi:
Tu? Do dziczy? Nie. To zbyt ryzykowne.
Poza tym... nie chcę go skrzywdzić...
Pain:
A mało go skrzywdziłeś? Ta dodatkowa
odrobina nie zaszkodzi. Jakiej dziczy? Od urodzenia w niej
mieszkał... *Wiedziałem że nie powinienem tego mówić.*
Itachi:
*Spojrzałem na niego zmrużonymi
oczami* Nie. On nie mieszkał w takiej dziczy. On, w porównaniu do
wielu osób, przez te parę lat był księciem... Krzywda? Nie chodzi
tu o byle słowa. Nie chcę go zranić... dosłownie.
Pain:
* Co ja sobie myślałem...? Czy on...
chciał jego... , dziecko? Co do cholery....?! Zmroziło mnie.*
Jesteś popaprańcem...
Itachi:
C..co? *Spojrzałem na niego zdziwiony*
Co masz na myśli?
Pain:
Nic ponad to czym jesteś - dzikusem.
Itachi:
*Patrzyłem na niego nie rozumiejąc.
Przez chwilę analizowałem swoje słowa. O co mu chodziło?...
Otworzyłem szerzej oczy* Czy ty myślisz, że ja brata...? Nie! A
skąd! *Krzyknąłem, śmiejąc się. Czy on naprawdę o tym
pomyślał. Nie no ja nie mogę...*
Pain:
Czemu miałbym w to wierzyć?
*Wsiadłem na konia* Czy ten mały wie że to ty posłałeś resztę
plemienia do piachu? A może to taki zwyczaj rodzinny?
Itachi:
*Spojrzałem na niego poważniejąc*
Nie. No tak. Mi nie można wierzyć. Jestem dzikusem bez przyszłości,
który spełnia się tylko w ratowaniu życia komuś, kogo nie zna. I
w zabijaniu własnej rodziny. Tak właśnie, bo po co? *Mówiłem w
kółko.* Tak, oczywiście. I jestem podejrzewany o kazirodztwo, jak
dzikus właśnie. *Wstałem i spojrzałem gniewnie na niego.* Dla twojej
informacji: nie gustuję w małych dzieciach! *Krzyknąłem zły na
wszystko. Zaszkliły mi się oczy. Brakowało jeszcze, bym się
rozpłakał.*
Pain:
*Głos mu ochrypł i nie zrozumiałem
części tego co mówił ale byłem zbyt wzburzony, a jego reakcja
dorzuciła drewna do ognia.* Wolałbym zginąć wraz z Sasorim niż
być uratowanym przez kogoś takiego... coś takiego.
Itachi:
Psh! *Prychnąłem i się odwróciłem
od niego* Niczego nie rozumiesz! *Krzyknąłem i poszedłem pod swoją
skałę, gdzie zawinąłem się w kłębek, chcąc odciąć się od rzeczywistości. Być zjawą, która nawiedza stepy*
Pain:
Czego nie rozumiem? Co tu jest do
rozumienia? *Oddalił się jak spłoszone zwierzę a mój koń chyba
wyczuł jego nastrój bo parsknął zdenerwowany.*
Itachi:
*Nie odpowiedziałem. Nie odwróciłem
się. W moich oczach pojawiły się łzy. Łzy, które rzadko się
tam pojawiały. Moim ciałem wstrząsnął szloch. Szloch tłumiony
latami. Nic już się nie da zmienić. Czas mija, a ja pozostanę taki
jaki jestem. Z piętnem morderstwa. Morderstwa, które było jedynym
słusznym rozwiązaniem. Biali nie wiedzieli, do czego zdolni są
Uchiha. Jeśli pozwoliłbym walczyć im z nami, zostaliby zmieceni z
powierzchni ziemi... To było...*
Pain:
*Otworzyłem usta widząc w świetle
ogniska jak drży, a chwilę potem usłyszałem żałosne zawodzenie i
był to płacz jakiego nigdy w życiu nie spotkałem. Co to miało
oznaczać? Czy on był zrównoważony? Poniosło mnie. Wcześniej, po
tym jak uratował mi życie przestałem an niego patrzeć jak na
kogoś obcego... a nawet, nie umiem tego określić, ale nigdy nie
przychodziło mi na myśl że mógłby kogoś skrzywdzić chociaż
widziałem jak zabija ludzi... Ironio. Czym mnie tak omamił? Zeskoczyłem z siodła. Niech Bóg ma mnie w swojej opiece. Zbliżyłem
się do niego szybkim krokiem i podniosłem łapiąc za ramiona bym
mógł go przyciągnąć za kark do swojej piersi. Ostatni raz serce
biło mi tak szybko gdy tamtego pamiętnego dnia myślałem że
umrę.*
Itachi:
*Zaskoczony nagłą zmianą położenia,
jeszcze bardziej wczepiłem się. Czemu ja? I czemu przy nim!? Łzy
nie przestawały mi wypływać z oczu. Chciałem się od niego
odsunąć i spędzić te najgorsze chwile samotnie, bez świadków.
Bo czego on ode mnie może chcieć? Jeszcze chwilę temu wyzywał
mnie od popaprańców, nie rozumiał mnie i w ogóle, a teraz co? Pociągnąłem nosem... Chciałbym, by się nie oddalał*
Pain:
*Obejmowałem go czekając aż się
uspokoi, przez ubranie czułem jak szybko bije mu serce i urywa się
oddech ze mną było podobnie ale z czystego strachu. *
Itachi:
*Powoli zaczynałem się uspokajać.
Ale. Co się stanie zaraz jak się uspokoję? Wyciągnie rewolwer i
mnie zastrzeli? Czy nożem potnie mnie na kawałki? Cokolwiek zrobi,
będzie słuszne. Nie powinienem żyć.*
Pain:
*Zamilkł ale żadne z nas nie
poruszyło się i z jednej strony cieszyła mnie każda taka sekunda,
a z drugiej narastała presja by to przerwać. Co robić...?*
Itachi:
*Zamknąłem oczy i rozluźniłem
się.*Zabij mnie*Powiedziałem cicho. Niech mnie zabije i będę miał
z głowy*
Pain:
*Oparł się na mnie ciałem całkowicie
nie stawiającym oporu. Przypomniało mi się to o czym mówił
Deidara. "Wygląda na smutnego". Czyżby faktycznie to co
zrobił zżerało i zabijało go teraz od środka? Sięgnąłem ręką
w dół, bardzo powoli i ostrożnie jak w pobliżu rozjuszonej
żmijki, położyłem dłoń na rękojeści rewolweru by po chwili
odpiąć go z kabury. *
Itachi:
*Bałem się śmierci. Ja ją zadawałem,
a nie inni zadawali ją mnie. I tak żałośnie to się skończy.
Żałosny koniec żałosnego Indiańca.* Zaopiekuj...się...Sasuke...
*Powiedziałem cicho zrezygnowany*
Pain:
*Skinąłem głową.*
*~*~*~*
Wiem, że kończę w takim momencie, ale rozdział musiałam skończyć teraz, bo gdybym dała całość, byłoby to za długie.
Za tydzień wrzucę kolejny rozdział. Obiecuję~~
Tylko niech ktoś powie, czy mu się podobało >.>
I komu miał przeszkadzać ten długi rozdział? >.>
OdpowiedzUsuńWrzućże go trochę szybciej!
Ano, i zostawiam GG: 41324635.
UsuńTo jednak wygodniejsze.