Ayano : Un. wybacz mi. Tak jak było nieco wcześniej zaznaczone - nie pisałam tego sama, a opowiadanie mimo wszystko było już zakończone. Ale oto przedstawiam kolejne opowiadanie~~ Które również jest już zakończone... Więc nie mogę zmieniać fabuły... Za bardzo ^ ^"
Mam nadzieję, że będzie się podobać.
Tym samym zmieniliśmy koncepcję z drugim autorem i wszystko pisane jest z różnych perspektyw. Na razie póki co są to perspektywy: Paina, Itachiego i Sasoriego.
W gwiazdkach umieszczona jest narracja, ponieważ tak właśnie tworzą się nasze opowiadania, a że jestem leniem, nie mam ochoty bawić się w myślniki = =" za dużo tego jest...
Zapraszam do czytania~~
*~*~*
Itachi: *Jako najstarszy syn wodza,
byłem zobowiązany bronić plemienia. Od jakiegoś czasu biali
przyjeżdżali na nasze tereny, zabijali nasze zwierzęta oraz nas.
To chyba logiczne, że chcieliśmy ich za to zabić. Ich życie za
nasze życie. Nad głowami plemienia kłębią się czarne chmury a
coraz więcej Uchihów przechodzi do krainy wielkich łowów...
Siedziałem na oklep na koniu i rozglądałem się ze skarpy. Z daleka
widziałem jak blade twarze budowali tory pod konia żelaznego.
Zabierali naszą ziemię, Zabierali nasze życie... Czego jeszcze
chcą?!*
Pain: *Otworzyłem pierw jedno oko a
potem drugie i pomimo iż czułem że moje powieki są podniesione
ogarnęła mnie ciemność. Podniosłem się gwałtownie oślepiony
tym piekielnym pustynnym słońcem, jak ja nienawidzę takiego
upału... Jestem Brytyjczykiem a my nie przyzwyczajamy się do
takiego klimatu przyjaznego prymitywnej ludności... kh. Zarzuciłem
na siebie koszulę z białego lnu i wyczołgałem się z dziurawego
namiotu na czworaka moi towarzysze musieli już być na służbie...
ja jako cześć tego oddziału najemników też... powinienem. eh. *
Itachi: *Shisui zmienił mnie jak
słońce górowało nad ziemią. Powiedział, że i tak zbyt dużo
czasu spędzam na obserwacji. Oznajmiłem mu, że jeszcze podjadę
trochę w kierunku bladych a potem wrócę do osady. Popędziłem
konia i już po niedługim czasie mnie i obozowisko dzieliła
odległość rzutu*
Pain: *Wylałem na głowę kubeł wody
pochylając się nad żłobem wypełnionym wodą dla koni.
Wyprostowałem się dopiero na głuche dźwięki kopyt niskiego
gniada. Obok mnie niczym niemy duch pojawił się Sasori żując
leniwie tytoń. Wymieniliśmy zdawkowe przywitania i podzielił się używką. Nasz obóz mieścił się niecały kilometr przy dławnych
robotach kolejowych. Praca szła w tak zastraszającym tempie że
gdybyśmy starali się towarzyszyć im nie odstępując na krok
przenosilibyśmy się co drugi dzień. Sasori zdjął z głowy
kapelusz i zobaczyłem że uważnie wpatruje się w przestrzeń za
mną, podniósł strzelbę i wskazał nią czarny punkt na
horyzoncie* Indianiec *Oznajmił beznamiętnie chyba tylko po to by
powiedzieć cokolwiek bo samotny Apacz nie stanowił zagrożenia dla
uzbrojonego obozu. Przysłoniłem oczy dłonią patrząc pod słonce.
W rzeczy samej, żywy indianiec na koniu. Całkiem blisko. usłyszałem
jak obok trzeszczą rzemienie uprzęży gniadego konia skorpiona.
Czyżby był zaniepokojony? No w sumie... jeden indianiec na widoku a
nie wiadomo ile ich jest. *
Itachi: *Zobaczyli mnie. Mocniej
ścisnąłem mój łuk. Przecież ich nie zaatakuję. Mam nadzieje,
że oni mnie też. Stałem bez ruchu. Mój koń i ja byliśmy jak
jeden organizm. Oboje wpatrywaliśmy się w dwójkę ludzi, którzy
stali w obozowisku. Jeden z nich celował do nas. Przeklęci bladzi!*
Pain: Czego on chce? *zapytał
Skorpion. Odpowiedziałem że pewnie zgubił się na pustyni ale nie
był to wysokiej klasy żart. Skorpion podniósł lufę celując
gdzieś w niego i wydał strzał ostrzegawczy by przepłoszyć
intruza, poczułem ostry zapach prochu.*
Itachi: *Strzał. Pocisk przeleciał
mi koło ucha. Strzał ostrzegawczy. Koń ani drgnął tak jak ja.
Patrzyłem jeszcze chwilę na nich, po czym zawróciłem konia i
pognałem do domu. Zbliżał się czas obiadu*
Pain: *Zapytałem mojego towarzysza
ilu już takich Apaczów posłał do piekła a on w odpowiedzi rzucił
mi jedynie że to nie był Apacz. No cóż byłem tu nowy. Za kilka
godzin będę musiał się stawić na zmianie warty.*
Itachi: *Wróciłem do osady. Pierwsze
co, mój młodszy brat podbiegł do mnie i próbował zrzucić z
konia. Pogłaskałem go tylko po głowie i sam zszedłem, nie tracąc
równowagi. Puściłem konika wolno i ruszyłem, będąc ciągniętym
przez brata, na obiad.* Myślałam, że Shisuji już dawno cię
zmienił *powiedziała moja matka. *Wracałem na około *odparłem,
zabierając się za jedzenie. Jak dobrze, że Ojciec był już po
obiedzie.*
Pain: *Jak mnie poinformowano Indianie
jeżeli już atakowali to albo bardzo późnym wieczorem albo
wczesnym rankiem. Ta noc minęła jednak spokojnie wraz z
zmieniającym ją dniem. Podczas zmawiania pacierza do najświętszego
Jezusa Chrystusa usłyszałem jak nadzorca budowy rozmawia z jednym z
moich przełożonych, za kilka dni wyślą delegację do Indian,
pobliska wioskę będą musiały przeciąć tory i było to już
postanowione.* Amen *przeżegnałem się z szerokim uśmiechem, może
jednak szybko nadarzy się okazja do pierwszego chrztu jaki zazna
moja broń? *
Itachi: *Dni mijały. Duchy mówiły,
że przyjdzie zły czas. Czarne chmury są coraz bliżej. Co dziennie
obserwowałem osadę bladych twarzy. Coraz bardziej miałem wrażenie,
że coś się wydarzy. I to szybko.*
Pain: *Tego dnia wytypowano pięciu
ludzi wraz z tłumaczem i odesłano do Indian. Wśród nich był
Skorpion jako dowódca delegacji "pokojowej"*
Itachi: *Shisui zamienił się ze mną
na wartę. Od rana siedziałem z moją narzeczoną i innymi
kobietami. Miałem ich pilnować, kiedy gotowały. Do czego to
dochodzi? Kiedy jednak przyszedł po mnie ktoś, mówiąc że blade
twarze się zbliżają się do naszej wioski, automatycznie
zostawiłem je, i pobiegłem do ojca. No tak. Tylko ja jestem w
stanie rozmawiać z nimi.*
Sasori: *Tłumacz zaczął wyjaśniać
powód naszego przybycia. Sądził ze za opłatą Indianie zgodzą
się przenieś... Ale czego oni mogli chcieć co mielibyśmy my?*
Itachi: *Tłumacz mówił gorzej niż
po naszemu niż ja po ichnym języku.* Cóż więc nas czeka, jeśli
się nie zgodzimy? *zapytałem płynnie w tym... angielskim.*
Sasori: *"Jestem pewien że w
jakiś sposób dojdziemy do porozumienia" wyseplenił spasiony
tłumacz.*
Itachi: *Spojrzałem na ojca. Ale ja
już znałem jego odpowiedź, którą podzieliłem się z bladymi
twarzami.* Niedoczekanie *powiedziałem cicho to, co mój ojciec miał
na myśli. Wiedziałem co się stanie. Będzie wojna z bladymi
skórami. Nienawidzę wojen. Wystarczy, że tyle razy nasze plemiona
musiały walczyć o teren z innymi plemionami. A teraz ci chcą dla
żelaznego konia zniszczyć nasza wioskę.*
Sasori: *Grubas zachłysnął się i
rzucił coś w stylu "przemyślcie jeszcze to" kilku z nas
przycisnęło do siebie mocniej broń.*
Itachi: *Szczęknęły bronie białych.
Usłyszałem poruszenie i już za naszymi plecami były gotowe
naciągnięte cięciwy. Wyciągnąłem dłoń, by opuścili oni łuki.
Posłuchali się. wiedzieli, że gdybym chciał, zabiłbym wszystkich
dookoła w mgnieniu oka. Ojciec też to wiedział, dlatego nic nie
powiedział na mój władczy gest.* Jeśli byście przenieśli tory,
to może byście ominęli naszą osadę* powiedziałem do bladych.*
Sasori: *Spojrzeliśmy po sobie
porozumiewawczo."Nie ma takie możliwości przyjacielu... z
jednej strony kanion a z drugiej góry"*
Itachi: Dlaczego nasza wioska ma
zostać... przeniesiona?
Sasori: *"Przychodzimy do was z bardzo
dobrą propozycją. Teren nie pozwala na zmianę planu projektu."*
Itachi: Zastanowimy się *powiedziałem,
choć i ja i oni już wiedzieliśmy, jaka jest nasza odpowiedź.*
Jutro przyjadę sam do waszej osady. Dam odpowiedź. Jeśli mnie
zabijecie, oczekujcie jeszcze większej wojny* oznajmiłem i
rozkazałem odwrót.*
Pain: *Wrócili do obozu i Skorpion
streścił mi zajście z którego miałem całkiem dużo ubawu.
Indianin mówiący lepiej po angielsku niż tłumacz? Dobre sobie,
heh.*
*~*~*
To tyle na początek~~
Ja się podoba~?
O, mój mistrz *,*
OdpowiedzUsuńNigdy w życiu nie spodziewałabym się takiej akcji..
+ Itachi.. ma czarną skórę, nieźle musi wyglądać xP
++ błagam, usuń tą weryfikację obrazkową bo nie wytrzymam.