Był bardzo słoneczny dzień. Arthur swoim zwyczajem zasiadł na tarasie z
rozłożoną gazetą na kolanach. Po krótkim czasie czytanie go znudziło,
więc odłożył prasę i spojrzał na swój ogród. Zobaczył białego królika
przemierzającego drogę między krzakami. Nie zwróciłby pewnie nań
większej uwagi, gdyby nie fakt, iż zwierzę miało ubrany kubraczek i
zegarek przy kubraczku.
„Co za głupek ubiera królika w kubraczek?"
przeszło Arthurowi przez myśl. Postanowił złapać uszatego. Szedł za nim
póki tamten nie wskoczył do króliczej nory. Niewiele myśląc Kirkland
wziął z niego przykład.
Otaczała go ciemność. Spadał w dół już chyba od jakiejś godziny, aż w końcu upadł na stertę zeszłorocznych liści.
- Kurde – westchnął wstając. Przed nim ciągnął się długi korytarz.
Poszedł przed siebie i doszedł do hallu, w którym każda ściana miała
mnóstwo drzwi. Jednak wszystkie były zamknięte. Na środku pomieszczenia
znajdował się stolik. Na nim był kluczyk oraz buteleczka. Kluczyk
pasował do najmniejszych drzwi, mierzących zaledwie parę centymetrów.
Odłożył klucz na stolik i przeczytał etykietkę na butelce: „Wypij mnie"
głosił napis. Bez zastanowienia wychylił kilka kropel i poczuł, że się
kurczy. Teraz był już tak mały, że mógł przejść przez małe drzwi. Był
tylko jeden problem. Klucz został na stole, do którego Arthur teraz nie
dosięgał.
Pod stolikiem ujrzał małe pudełko z napisem „Zjedz mnie".
W środku były ciasteczka. Zjadł jedno i zaczął rosnąć. Ale zamiast
wrócić do swojego dawnego wzrostu, on rósł i rósł, że ledwo mieścił się w
pomieszczeniu. Złapał za kluczyk tak mały w jego rękach jak drzazga i
jął pić resztkę zawartości butelki. Zmniejszył się do rozmiarów myszy i z
kluczem w rękach otworzył drzwi.
Znalazł się w wielkim ogrodzie
pełnym kwiatów kilka razy większych od niego. Zatrzymał się przed
wielkim grzybem, na którym siedziała gąsienica i paliła fajkę.
- Jak się nazywasz? – zapytał Kirkland.
- Jestem Kiku– odparł. – A ty?.
- Arthur Kirkland. A może powiesz mi, co tu się dzieje i czemu po
zjedzeniu jakichś specyfików mam halucynacje? Bo albo rosnę, albo maleję
a to przyprawia o dziwne uczucia. I w ogóle, to chciałbym znowu mieć
normalny wzrost.
- Jedna strona uczyni się większym a druga mniejszym – odparł Kiku i zniknął w ogrodzie.
- Tylko kurna czego część? – zapytał sam siebie Arthur. Pomyślał, że
chyba Gąsienica miał na myśli grzyba i zerwał trochę po obu stronach.
Idąc dalej przygryzł kawałek grzybka halucynka (jak postanowił to
nazwać) i po jakimś czasie powrócił do normalnego wzrostu. Napotkał
jednak domek, który miał zaledwie piętnaście centymetrów. Ugryzł drugi
kawałek grzybka, by móc się nieco zmniejszyć. Kopnął drzwi domku i
wszedł do środka. Omal nie oberwał rzucona w niego patelnią.
- Co
włazisz jak sfora ze dwora? – zapytała kobieta siedząca na krześle w
kuchni. – I z łaski swojej wytłumacz mi, co robisz w moim domu?
- Jestem Arthur, miłościwa pani i się zgubiłem. A pani, kim jest?
- Jak to? Nie wiesz? Jestem księżną Elizabeth. I… - nie dane było jej
dokończyć, bo dzieci z wielkimi loczkami w jej rękach (których Anglik
wcześniej, o dziwo, nie zauważył) zaczęły płakać. Księżna podała
dzidziusie Kirklandowi i sobie poszła. Arthur postanowił z braku laku
się nimi zająć. Próbował ich zabawiać, póki oboje nie zwrócili posiłku
na niego. Wtedy złapał jakiegoś kamerdynera i zostawił go z dziećmi.
Poszedł nad jeziorko nieopodal, by zmyć pawia z koszuli. Już prawie nie
było tej zielonej plamy, gdy ktoś nagle pojawił się za plecami Anglika.
- Zdrastwoj, towariszu – powiedział biały kot z szalikiem na szyi i szerokim uśmiechem na twarzy.
- Witaj – odpowiedział Kirkland. – Kim jesteś?
- Jestem Ivan – odparł. – Widzę, że spotkałeś już Księżną i jej dzieciaki.
- Taaa… A powiedz mi, dlaczego rzuciła we mnie patelnią?
- Bo myślała, że Suseł przyszedł. On zawsze otwiera drzwi kopniakiem –
zza pazuchy kot wyciągnął butelkę i nieco z niej wychylił. – Chcesz
trochę?
- Nie… A powiedz mi, gdzie znajdę białego królika?
- Hm…
Pewnie teraz jest na imprezie u Zboczonego Kapelusznika. To tam na
polanie – wskazał w jakimś kierunku. Zaczął powoli znikać. Na koniec
został tylko jego uśmiech.
Po przejściu kilku mil znalazł się na
polanie. Był tam stół nakryty do podwieczorku. Przy stole siedziało
trzech mężczyzn o cokolwiek dziwnych zamiarach. Blondyn miał na głowie
dziwny kapelusz, z którego wystawała masa wstążek i wstążeczek. Czerwoną
różę miał w butonierce swojej granatowej marynarki. Do tego ubrał
czerwone spodnie (zupełnie niepasujące do góry, ale jak kto lubi).
Kolejnym przedstawicielem tej dziwnej ekipy był królik bez piątej klepki
z czerwoną płachtą na byki, który zamiast marchewek wcinał pomidory
(też zawiera β-karoten). Ostatni i zarazem najwyższy, był zwany Susłem.
Miał białą czuprynę, w której przesiadywał żółty kurczaczek, oraz
przekrwione oczy, jakby nie spał już kilka dni. Właściwie, to nawet
teraz przysypiał.
- Kim jesteś? – zapytał Arthur blondyna.
- O mon cheri, nie znasz mnie? Jestem Kapelusznikiem – powiedział zbliżając się do Anglika. A ty?
- Arthur Kirkland – odparł zniesmaczony.
- Antonio – zwrócił się do Królika. – Idź i przygotuj dla mnie łóżko.
- Okej, Francis – odpowiedział Antonio. – Hej Gilbo, idziemy –
powiedział do Susła i łapiąc go za fraki zataszczył do domu stojącego
nieopodal.
- Zostaliśmy sami, Arthurze – zauważył Kapelusznik. Nie
zwracając uwagi na protesty Kirklanda, zaczął rozpinać guziki jego
koszuli. Jego kilkudniowy zarost drapał twarz Bryta. Skończył dopiero,
gdy pięść Anglika wylądowała na jego twarzy.
Arthur trafił do
wielkiego ogrodu. Labirynty żywopłotu zaprowadziły go do dziwnej części,
gdzie trzech ludzi malowało białe róże na różowo.
- Co robicie? – zapytał ich. Oni jak na komendę podskoczyli i rozlali część farby.
- Kim jesteś? – odparł jedyny ciemnowłosy.
- Wiesz, że to nieładne, jak ktoś pyta cię o imię, nie przedstawiając się sam? – odpowiedział Kirkland.
- Jestem Eduard– powiedział wyższy z blondynów. – A to moi bracia Raivis i Toris. A teraz powiedz, co tu robisz?
- Zgubiłem się i szukam białego królika. A wy czemu malujecie róże na różowo?
- Bo przypadkiem zasadziliśmy białe – westchnął Toris. – Teraz pomóż nam malować, bo królowa obetnie nam głowy jak się skapnie.
Malowali i malowali. Została im do pomalowania ostatnia, gdy Raivis krzyknął:
- K…Królowa i…idzie!!!
Szybko pochowali puszki z farbą i pędzle, po czym ustawili się w
szeregu. Arthur stanął z nimi. Po chwili ujrzał królową wychodzącą ze
swym nieodłącznym orszakiem zza labiryntu żywopłotu. Nie wiedział
dlaczego, ale wyglądała ona dość znajomo. I na pewno nie wyglądała jak
dziewczyna. Królowa miała przydługie blond włosy i zielone oczy. Cały
czas podjadała podawane jej paluszki. Spojrzała w stronę czwórki
malarzy.
- Bałtowie, co to za totalny brak szacunku? – zapytała, po
czym cała trójka trzęsących się braci upadła na trawę w ukłonie.
Kirkland nie poszedł w ich ślady lecz przypatrywał się wszystkiemu
dokoła.
- Ojć. Chyba coś widzę – powiedziała Królowa. – Tak.
Totalnie widzę białą różę. Bałtowie, generalnie jesteście skazani na
ścięcie.
Trójka trzęsących się osobników wyszła z ogrodu pod eskortą straży.
- Generalnie, kto ty jesteś? – zwróciła się do Bryta.
- Na pewno nie Polak mały – mruknął Anglik. – Arthur Kirkland, Królowo – dodał głośniej.
- Umiesz grać w Palanta? – zapytała i nie czekając na odpowiedź stwierdziła – Grasz w przeciwnej drużynie.
- Ale… - Arthurowi nie dane było powiedzieć, że istotnie w „palanta" grać nie umie. Przerwało mu wejście białego królika.
- Alfredzie – powiedziała Królowa. – Rozpocznij grę.
Gra się rozpoczęła. Okazało się to dziwną grą. Trochę nawet podobną do
amerykańskiego baseballu. Wszystko byłoby dobrze, gdyby w grze używano
pałek. Zamiast nich Arthur miał grać gigantyczną frytką. A piłkami do
gry okazały się hamburgery.
- Cześć Ivan - powiedział Arthur widząc twarz kota na gałęzi krzaku.
- Zdrastwoj. Tam masz trafić – wskazał na pole wyznaczone pomiędzy czterema kucykami.
- Z kim rozmawiasz? – zapytała Królowa.
- Z Kotem – odparł, ale Ivan zdążył już zniknąć.
- Nie widzę żadnego kota. Nie żartuj, bo cię generalnie zetnę.
Wracając do samej gry: dotychczasowe zasady ogólnie Kirkland pojął
Jednak one co chwila się zmieniały. Kucyki specjalnie przesuwały się, by
Artur nie mógł trafić w pole. Królowa robiła wszystko, żeby wygrać.
Działo się tak, póki nie oberwała od Anglika z hamburgera, który
rozprysł się po jej złotych włosach.
- Kto mi to, jakby, zrobił?! – wrzasnęła. – Totalnie zostanie skazany!!
Po jakichś dziesięciu minutach w sali w zamku zaczął się proces.
Niejaki Yao, został oskarżony o podrzucanie wszystkim swoich ciasteczek.
Na środku pomieszczenia był stolik z owymi ciasteczkami. Pod ścianą
stał winowajca skuty łańcuchem, którego pilnowali żołnierze. W ławie
przysięgłych siedziało trio z podwieczorku oraz Kiku – gąsienica.
Właśnie zeznawała Księżna, jednak z braku pożytku z jej wypowiedzi,
kazano jej odejść.
- Kolejny świadek. Arthur Kirkland – wezwał Alfred.
- Ja? – zapytał Anglik, będąc prowadzonym do katedry. – Ale ja nic nie wiem.
- To nic. Yao już został skazany – odparł Królik
- Bzdury. Dlaczego najpierw skazujesz a potem osądzasz?
- Bo to moje prawo – powiedziała Królowa.
- A więc na mocy prawa nadanego nam przez miłościwie nam panującego
królową Feliksa Łukaszewicza… - zaczął Alfred, ale Arthur mu przerwał.
- No tak! Przecież! Kurde! Przecież ja was znam. A tak długo się zastanawiałem skąd.
- Ściąć go – krzyknęła Królowa ale Kirkland zaczął się śmiać. Nie
przestał nawet gdy strażnicy się na niego rzucili. Skończył jednak, gdy
skoczył na niego Kapelusznik.
- Co jest, kurna? – zapytał
Arthur. Leżał na drewnianej podłodze swojego tarasu, przygnieciony przez
jakiegoś brodatego blondyna, próbującego rozpiąć mu koszulę. – Francis,
idioto! Zostaw mnie!
- O mon cheri. Myślałem, że w końcu mi się uda cię zgwałcić – zaczął Francuz.
- Ale się nie udało – podsumował Anglik.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz