piątek, 26 października 2012

Czarny czwartek 5.

Ayano, wybacz mi... naprawdę... Sprzątanie było zbyt absorbujące... 
Ale rozdział jest (w piątek jeszcze... choć może i poniedziałek, jeśli wierzyć kalendarzowi w moim komputerze XD" )
No~~
Jest i można go przeczytać a później skomentować~~

 *~*~*~*

Deidara:
*Otworzyłem szeroko oczy ale zaraz oddałem mu pocałunek. A nawet objąłem go za szyję i wtuliłem się w niego całym ciałem. * Uhn....~~!

Sasori:
*Nie wiem co mnie opętało, ale... Rozchyliłem językiem jego usta i wtargnąłem nim w jego prywatność. Jak ja dawno z nikim nie byłem w takiej intymnej sytuacji... Potrzebowałem tego.. Tak jak tlenu kilka minut później.*



Konan:
*Przeżułam to co dostałam od Itachi i ponownie schowałam twarz w splecionych na kolanach ramionach. Do dzwonka zostało jeszcze jakieś 15 min... *

Itachi:
*Naprawdę zacząłem się martwić o nią... Coś ją trapiło chyba bardziej niż myślałem... Uh... * K-konan...?

Konan:
*Ktoś mnie wołał? * Hm ?

Itachi:
Co ci jest...?

Konan:
Chce umrzeć. Albo raczej zabić.

Itachi:
He-ej~ Dlaczego? *Zacząłem wewnętrznie panikować.*

Konan:
Pain zrobił coś... bardzo głupiego. *Prawie wyszlochałam. * Głupi, głupi, głupi....

Itachi:
Co zrobił? *wyciągnąłem rękę i pogładziłem ją po włosach. Nawet bym ją przytulił, tylko żeby się uspokoiła....*

Konan:
On... *Podniosłam głowę. Co on mi robił? * Nieważne.

Itachi:
*Odsunąłem rękę i spojrzałem na nią* Powiedz. Ulży ci.

Konan:
Nie ulży. Lubię cię, ale to nie twoja sprawa.

Itachi:
Jak uważasz *Mruknąłem... Teraz mnie to tak zaciekawiło, że... kh... Nie mogłem się skupić na czytaniu...Cholera...*

Konan:
*Zobaczyłam że Dei wraca korytarzem z... wielkim bananem na twarzy. Na jego widok zrobiło mi się niedobrze. Wstałam i ruszyłam do łazienki mijając go. *

Itachi:
*Konan sobie poszła...* Dei...?

Deidara:
Hmmmm? *Zamruczałem siadając na swoje poprzednie miejsce.*

Itachi:
A tobie co, hm? *Wyglądał na... Zadowolonego... W przeciwieństwie do Konan...*

Deidara:
Jak widzisz przeżyłem moje starcie z bestią. ~~ *Uśmiechnąłem się do niego.*

Itachi:
*Podniosłem brew.* Czyżbyś właśnie zmienił partnera na studniówkę?

Deidara:
*Zerknąłem na niego przepraszająco. * Nie gniewaj się... ~~ un.

Itachi:
*Pokręciłem głową* Nie gniewam się. Ale... Martwię się o Konan...*

Deidara:
*Uśmiech zszedł mi z twarzy.* Gadałeś z nią... ?

Itachi:
Właściwie to... Tylko zaczęła mówić o tym, że ma ochotę zabić i coś wspomniała o Painie i zaraz sobie poszła...

Deidara:
Aha... *Poczułem się głupio. Ale nie mogę czuć się przecież winny czemuś co mnie nie dotyczy. *

Itachi:
... Ty coś wiesz?

Deidara:
... A ty nie?

Itachi:
*Pokręciłem głową* Nie wiem raczej co masz na myśli.

Deidara:
No jest smutna bo Pain zafundował sobie... *Nie wiedziałem jak mam to określić* wypadek.

Itachi:
Wypadek?!

Deidara:
Noo... *mruknąłem powoli.*

Itachi:
Mów! *Co mu się stało?! Rany!* Co?! Gdzie?! Kiedy?!!

Deidara:
Nie wiem co... słyszałem tylko że Konan znalazła go gdzieś pociętego. Nie denerwuj się...

Itachi:
Jak mam się nie denerwować?! *Jezu!* Co mu jest? Żyje?!

Deidara:
Tak... spokojnie... *Pomachałem ręką by się uciszył.*

Itachi:
*Przyspieszył mi się oddech jak po biegu. Rzuciłem się do torby, by wyszukać inhalator...* Co mu jest?

Deidara:
*Zassał się z tuby.* nie wiem. No chyba pozszywali go.

Itachi:
*Ręce mi drżały. Bałem się o to, że... Może go nie być... że coś mu naprawdę się mocno stanie i... go już więcej nie zobaczę... Oparłem się tyłem głowy o ścianę i zamknąłem oczy.* Oby żył...

Deidara:
Żyje... Byłem u niego wczoraj. Nie przejmuj się tak.

Itachi:
*Znalazłem chusteczkę w kieszeni... Zawilgotniały mi oczy...* Jak miałbym się nie przejmować?

Deidara:
Do tej pory się nie przejmowałeś .... *uniosłem brew, ale podałem mu drugie opakowanie chusteczek na wszelki wypadek.*

Itachi:
*Miał rację... * T-to... Kolega, tak? Mimo wszystko nie chciałbym stracić takiej osoby...

Deidara:
Naprawdę, nie przejmuj się. *Stwierdziłem sucho. Kiedy wstąpiłem do szpitala razem z Konan nie wyglądał tak źle... albo raczej nic nie widzieliśmy bo zabandażowali mu ramiona jak kawałki mumii. Powiedział że za dużo wypił. Oczywiście kłamał ale co zrobić? Zdecydowanie nie chciałbym tak skończyć.* Szkoda mi tylko Konan, naprawdę się wystraszyła. *Może faktycznie uważała go za coś w rodzaju swojego dużego dziecka heh.*

Itachi:
*Zacisnąłem zęby...* W którym szpitalu leży?

Deidara:
*Skrzywiłem się* Eee... Nie pamiętam, a nie wiem jak Ci powiedzieć gdzie leży. *Jeszcze tego brakowało by pokazywał mu się na oczy. *

Itachi:
*Mruknąłem coś pod nosem... Potrzebowałem... go zobaczyć... naprawdę... kurna... Zacisnąłem dłonie w pięści...* Cholera...

Deidara:
Chcesz iść na frytki po szkole? Ja stawiam~~

Itachi:
Nic nie zjem... *Odparłem... Postanowiłem na dzisiejsze popołudnie obejść wszystkie szpitale w okolicy w poszukiwaniu jego...*

Deidara:
Nie wygłupiaj się. To chodź pochodzimy po sklepach~~ ? Hm?

Itachi:
Mam inne plany...

Deidara:
Jakie?

Itachi:
Nieważne...

Deidara:
Pójdziesz do niego i co mu powiesz? Może już wyszedł?

Itachi:
Nie ważne... To moja sprawa.

Deidara:
Chodź Itachi weźmiemy gdzieś Konan. Proszę Cie no.... ~~ *Przeciągnąłem ostatnie słowa.*

Itachi:
*Zagryzłem wargę. Znów zwilgotniały mi oczy.* N-nie wiem,.....

Deidara:
Jak chcemy komuś pomóc to jej, widziałeś jak się snuje. Nie mogę iść sam bo na mnie jest zła.

Itachi:
Zła?

Deidara:
Widziałeś jak się na mnie spojrzała? Proszę Cie chodź ze mną.

Itachi:
... Nie wiem... Ona... pewnie uważa, że jestem temu winny...* Ja sam uważam się za winnego... Nie dziwię się jej...*

Deidara:
Czemu miałaby tak myśleć? *przyjąłem pytający wyraz twarzy* Pain nigdy z nią o tobie nie rozmawiał...

Itachi:
Skąd ty wszystko o nich w ogóle wiesz?

Deidara:
No.. nie wiem, po prostu. Ludzie mi się zwierzają. Podobno wyglądam na godnego zaufania.

Itachi:
... *podniosłem lekko brew, ale nie odpowiedziałem nic. Nie chciałem się sprzeczać.*

Deidara:
To pójdziesz?

Itachi:
Pójdę... Ale... Chcę zobaczyć Paina.

Deidara:
*Nie powiedziałem już nic. Co mi do tego? Zaraz...* Ale pamiętaj że Cie ostrzegałem.

Itachi:
W związku z czym?

Deidara:
Wszystkim un, wszystkim.

Itachi:
... *Westchnąłem. I w tym momencie zadzwonił dzwonek...*


*~*~*~*

Sucho... ale jest.~~

1 komentarz:

  1. Nareszcie. Nie mogłam dłużej czekać.
    Niech Pain i Itachi sie trochę ogarną.
    Seksu~

    +Przecież zawsze zostawiam komentarz.
    Suchy, mokry, ale jest! < 3

    OdpowiedzUsuń