czwartek, 30 sierpnia 2012

Kolej żelazna 5

Następny rozdział. Wiem, że długo nic nie było, ale wakacje... No i brak ustawienia się na edycję...

*~*~*~*

Itachi:
*Obudziło mnie rżenie konia. Ale tak mi się nie chciało wstawać. Jeszcze nie do końca obudzony i tylko w spodniach wdrapałem się na skałę. Przetarłem zaspane oko i spojrzałem w dal. Zobaczyłem kowboja... Tego kowboja... Czyli jednak "cudowny lek" zadziałał. Westchnąłem. *

Pain:
Na Boga, zaklinam gdzie tu jest jakakolwiek żywa dusza...? *Może powinienem powiedzieć "żywy człowiek" ale czy Indianie są dla Boga ludźmi? Pytanie czy mają dusze też pozostaje kwestią sporną ale... *

Itachi:
Mnie szukasz? *Zapytałem z góry, kiedy przejeżdżał obok mnie*

Pain:
*Podniosłem głowę. A jednak Bóg mnie wysłuchał czyli może jednak czerwonoskórzy nie są mu obojętni albo tak bardzo kocha zbłąkaną owieczkę w mojej postaci w co wątpię bo przecież nie jestem świętym aby liczyć na specjalne łaski. Uśmiechnąłem się do niego szeroko* Jak widać! *Odkrzyknąłem.* Posłano mnie po ciebie znachorze.

Itachi:
Znachorze... *Mruknąłem pod nosem* Wystarczy mówić mi po imieniu. *Zeskoczyłem do niego ze skałki. Nie była wysoka, ale zawsze* Muszę się tylko ubrać i już jadę *Powiedziałem, otrzepując się z kurzu*

Pain:
A zatem poczekam, Itacszszi... Itachi *Poprawiłem się mając problemy z wymową jego imienia.*

Itachi:
*Zaśmiałem się pod nosem, ale minąłem go i wróciłem po swoje rzeczy. Założyłem coś na plecy, wziąłem torbę, w której były jeszcze rośliny i igły, po czym wskoczyłem na konia.* No, jedziemy... jak ci tam w ogóle jest? *Zapytałem*

Pain:
Słucham? *Zapytałem nie wiedząc co ma na myśli chociaż słyszałem go dobrze bo nasze konie były blisko siebie*

Itachi:
Jak się nazywasz? Czy to takie trudne pytanie?

Pain:
No tak... wybacz, pozwól że ci się przedstawię*Poznałem jego imię chociaż sam nie miałem okazji się przedstawić, no tak... to nasze szóste spotkanie? Coś koło tego* Nagato von Wattle pierwszy syn Hieronima Wattle ale możesz mówić do mnie per Pain.

Itachi:
*Dziwne imię* Nagato... Pain ... Uhm...

Pain:
*Pokiwałem głową. Dziwnie wymawiał moje imię, no cóż nie było angielskie ~*

Itachi:
To nie angielskie imię, co?

Pain:
Zgadza się, a Twoje? Rdzennie z tej okolicy ?

Itachi:
*Pokręciłem głową* Imiona głównej części plemienia były nadawane z tajemniczej księgi naszego szamana. *Wzruszyłem ramionami.*

Pain:
Księgi? *To wy piszecie? *

Itachi:
*Kiwnąłem głową* Nie wiadomo skąd się u nas wzięła, ale była od wielu pokoleń przekazywana. Były w niej wytłumaczenia dla słów w naszym języku

Pain:
*Podobno najwcześniej na tych wodach pływali nordycy więc to może ich zasługa? * Jak wygląda wasze pismo?

Itachi:
Nasze? *Spojrzałem gdzieś w bok* To takie... Pismo obrazkowe, jak określił to misjonarz.

Pain:
Och, a wiesz czym jest alfabet runiczny?

Itachi:
...Co?

Pain:
*Pokręciłem głową, nie to niemożliwe.* To pismo jakim posługiwali się kiedyś mieszkańcy północnej Europy.

Itachi:
Nie wiem. A wiesz może jak wygląda? Napisałbyś coś?

Pain:
yh, składa się z prostych kresek poprzecinanych z sobą.* Nakreśliłem w powietrzu runiczne H z krzywą deseczką.*

Itachi:
Nie... raczej nie... Tajemnicza księga miała inne znaki *Nakreśliłem symbol człowieka, który zapamiętałem*

Pain:
Nie znam tych symboli.

Itachi:
Uhm. Cóż. *Wzruszyłem ramionami* Podobno moje imię znaczy łasicę, która zwiastuje śmierć. Nie wiem co to znaczy do końca. Czym są łasice? *Zapytałem go* Podobno to jakieś zwierzęta, ale misjonarz nie potrafił mi tego opisać.

Pain:
*Przez długą chwilę głowę zaprzątała mi błaha myśl że po raz pierwszy widzę go w rozpuszczonych włosach. Zawsze nosił je związane wysoko rzemieniem a teraz spływały mu na szczupłe ramiona identyczną prostą płachtą... yh.. co? Łasica? * To zwierzę podobne do szczura... tylko że jest drapieżnikiem. Cieniutkie, futerkowe z prostym puchatym ogonem. Używa się ich do likwidacji szkodników albo jako zwierzęta domowe.

Itachi:
*A... to ja... Nie ważne. Zrobiło mi się trochę głupio i dziwnie gorąco* Aha.. *Mruknąłem, odgarniając kosmyk włosów, który wchodził mi do ust.*

Pain:
*Spojrzałem przed siebie. Byliśmy już blisko, zostało nam nie więcej niż kilkanaście minut drogi.* Dlaczego posyłasz brata do Londynu? *Zapytałem nagle.*

Itachi:
On nie może tutaj zostać. Nie przeżyje tu sam.

Pain:
A wiesz jakie życie będzie mieć tam...?

Itachi:
Na pewno ciężkie. *Spojrzałem w niebo.* Ale to lepsze niż życie na stepie, gdzie każdy dzień jest walką o przetrwanie. On ma w końcu tylko siedem lat.

Pain:
*Pomyślałem że jeżeli dotrze do starego lądu wyląduje w rynsztoku albo na ulicy... Nikt nie przyjmie dziecka które wygląda jak mieszanka Hiszpana z Norwegiem...* Myślisz że kto się nim tam zaopiekuje?

Itachi:
*Zastanowiłem się chwilę. Będzie mu ciężko, to prawda, ale cóż miał poradzić.* Może znajdzie się ktoś, kto mu pomoże podnieść się na nogi... *Mruknąłem.*

Pain:
*Kuba rozpruwacz... * Mam nadzieję.

Itachi:
*Wjechaliśmy do osadu białych i pierwszym co rzuciło mi się w oczy był mój brat, biegający pomiędzy namiotami* Już mu lepiej *Uśmiechnąłem się na widok brykającego braciszka*

Pain:
Jemu tak, dzisiejszego ranka pochowaliśmy dwoje naszych.

Itachi:
W takim razie trzeba pomóc reszcie, nie zważając na waszą wiarę. Inaczej oddacie ich pod ziemię. *Powiedziałem, zeskakując w pędzie z konia, dalej pokonując trasę już pieszo.*

Pain:
*Minęliśmy pastora który spoglądał na nas groźnie. Nie podobała mu się obecność Indianina, a tym bardziej sposoby jego leczenia. No tak, pastor troszczył się o nasze dusze nie ciała. *

Itachi:
*Wszedłem do namiotu, od razu życząc sobie moździerz do zrobienia mazi. Kiedy dostałem to co chciałem, przysiadłem sobie na wolnym łóżku i zacząłem ubijać odtrutkę. Gwizdałem sobie przy tym jak gdyby nigdy nic.*

Pain:
*Zostawiłem go tam i wyszedłem przed namioty wpadając prawie na Pastora. zatrzymał mnie i zaczęliśmy rozmawiać. *

Itachi:
*Kiedy maź była gotowa, wyciągnąłem igły z torby i każdą z osobna przygotowałem dla zatrutych. Oceniłem ilość poszkodowanych i po kolei podchodziłem do każdego, by wbić mu igłę w rękę. Tak najszybciej maź docierała do krwi.* Nie krzycz. Mały chłopiec nie krzyczał *Mówiłem każdemu przytomnemu przed kuracją*

Pain:
*Pastor podzielił się ze mną swoimi obawami co do szańskich czyli pogańskich metod leczenia przez Indianina, powiedział że to wbrew woli boskiej i ze wszyscy ponosimy ten grzech. Wyglądał na zdenerwowanego i odniosłem wrażenie że nawołuje do pokuty bo sam zaczyna tracić wiarę na tej przeklętej ziemi i obarcza się wymyślonymi grzechami. Dotknął mojego ramienia i przysunął się bliżej mówiąc: "Bóg pozwolił im nas skrzywdzić tą zarazą bo grzeszymy będąc daleko od domów bożych i ludzie nie widzą znaku Jezusa, zapominają o jego miłości i że są dziećmi bożymi gdziekolwiek stają ich nogi. Ty pamiętasz synu, prawda?" Skinąłem głową wiedząc już do czego zmierza *

Itachi:
*Kiedy skończyłem przeciągnąłem się ziewając. Jeszcze nie do końca się obudziłem. Igły wyrzuciłem. Nie chcemy kolejnej zarazy. Maź powinna jeszcze się do czegoś nadać, więc dałem ją jednej z sióstr, by ją zatrzymała i kilka igieł, jakby ktoś jeszcze zachorował.* Wystarczy trochę nasączyć i wbić *Powiedziałem jej, po czym opuściłem namiot, ponownie się przeciągając*

Pain:
*Spojrzałem w kierunku Itachiego który właśnie wyszedł spod białych kap prowizorycznego szpitala i domyśliłem się że wzrok Pastora poszedł za moim i jakby wyczuł że chcę jak najszybciej zakończyć naszą rozmowę bo mocniej ucisnął moje ramię. "Jeżeli podejmiesz się tego zadania synu musisz być czysty. Wyspowiadaj się." - oznajmił starając się uchwycić mój wzrok. Teraz? Spowiadałem się tydzień temu... jak każdy tutaj zresztą....*

Itachi:
*Gwizdnąłem na mojego konia. wolałbym wrócić do siebie już. Jakoś... Atmosfera była tu gęsta. Jednak po chwili do nogi przyczepił mi się... Sasuke... * Cześć mały *Przywitałem go, biorąc na ręce*

Sasuke:
*'tachi, Itachi ... był tu! Nareszcie go znalazłem! Mam go i nie puszczę dopóki mi tego jeszcze raz nie wytłumaczy. Gdzie jest mama? Dlaczego mnie do nie j nie zabierze!? * Itachi: ! *Wrzasnąłem mu do ucha gdy tylko mnie podniósł i złapałem za jego włosy ciągnąc. *

Itachi:
Ał ał ał~! Sasuke! Puść! *Krzyknąłem, kiedy pociągnął mnie za włosy, ale nie puszczał. Pogodziłem się z prawdopodobną utratą połowy włosów* Nie mogę zabrać cię do mamy, bo nie. A ty mały, masz się słuchać pana i nie wyrywać bratu włosów.. Ał!

Sasuke:
'tachi zabierz mnie do domu... proszę będę już grzeczny ale ja chcę do mamy. Nie zostawiaj mnie tu, dlaczego kazałeś mi tu zostać... *Przestałem go szarpać i zagryzłem wargi by nie płakać, jestem przecież mężczyzną.*

Itachi:
Sasuke *Oparłem się czołem o jego czoło i popatrzyłem mu w oczy.* Musisz stąd wyjechać. Już nigdy nie zobaczysz mamy, braciszku. Mama odeszła do krainy wiecznych łowów. *Powiedziałem smutno.*

Sasuke:
*Ból, poczułem ogarniający ból i strach.* Co Ty mówisz Tachi? A Tata?

Itachi:
Też... *Powiedziałem cicho.* Nie zdążyłem. Tylko my zostaliśmy *Przytuliłem go do siebie.*

Sasuke:
*Objąłem brata za szyję bardzo mocno * Nie zostawiaj mnie 'tachi... Nie zostawiaj. *Wyjęczałem zanosząc się płaczem. * Ja chcę być z tobą... ja nie chcę... nie chcę tu być.

Itachi:
Sasuke... *Mruknąłem cicho... ale co ja chcę mu powiedzieć?* Nie mogę cię ze sobą wziąć, braciszku. Tutaj jesteś bezpieczniejszy *No... prawie* Pojedziesz do Londynu i tam się zadomowisz...

Pain:
*Usłyszałem płacz chłopca i spojrzałem na nich przelotnie podczas spowiedzi. Klęczałem przy pastorze szepcząc mu o wszelkich swoich wymyślnych słabościach a on pilnował bym skupiał się wyłącznie na tym... *

Sasuke:
'tachi... Ci ludzie nie są dobrzy... nie możesz mnie tu zostawić, oni kąsają jak węże. Są jak węże.. Ja pójdę z tobą.

Itachi:
Kąsają? Co masz na myśli? *Głaskałem go uspokajająco po głowie.*

Sasuke:
*Podwinąłem rękaw koszuli z drapiącego materiału zwanego lnem i pokazałem mu swoje posiniaczone przedramiona.* Kłamiesz 'tachi... mam żyje, żyje i gdyby tu była nie pozwoliła by na to!

Itachi:
*Zacisnąłem rękę* Kto ci to zrobił?

Sasuke:
*Spojrzałem na duchownego z nienawiścią.*

Itachi:
*Podążyłem za jego wzrokiem i niczym drapieżnik wpatrzyłem się w tego białasa. Popamięta mnie jeszcze* Sasuke, czy ktoś jeszcze coś ci zrobił?

Sasuke:
Mrówki mnie pogryzły bo włożyłem patyk w mrowisko... *Wyznałem z równie płaczliwą miną by tylko mnie zabrał ze sobą.*

Itachi:
Mrówkom nic nie zrobię *Powiedziałem sucho* Sasuke, bądź mężczyzną. Pokaż, że jesteś godny by być nowym wodzem plemienia. Plemienia, które sam odbudujesz, bo moje dni są już policzone. Pojedziesz do Londynu, a jak dorośniesz założysz tam rodzinę. Obiecujesz?

Sasuke:
Czemu tak chcesz bym tam jechał?!! Itachi nie chce do tych białych czemu mnie im oddałeś i czemu kłamiesz że rodzice nie żyją!?Mówisz tak bym tu został bo chcesz się mnie pozbyć! Ja nie kocham tych białych którzy niszczą nasze ziemię jak Ty chcę do domu! *Uraził mnie tym "bądź mężczyzną" i znowu się rozpłakałem*

Itachi:
Sasuke... *Powiedziałem cicho... Sam bym się rozpłakał, ale się powstrzymałem.* Nie mogę cię ze sobą zabrać. gdybym to zrobił, naraziłbym cię na niebezpieczeństwo. I nie jadę do domu *Opuściłem go na ziemię i stałem przykucnięty przy nim.* trzymaj się bracie *Powiedziałem i go mocno przytuliłem*

Sasuke:
*Odepchnąłem go od siebie i włożyłem w to wszystkie siły.* Zostawiasz mnie tu! Zdradziłeś mnie i kłamiesz... Nienawidzę cie!

Itachi:
Sasuke... *Powiedziałem cicho, jednak pokręciłem głową i wszedłem na konia* kiedyś zrozumiesz. Niech cię Manitou chroni. *Powiedziałem i odjechałem, specjalnie zahaczając swoją drogą o miejsce niedaleko tego ich duchownego* A ty zginiesz * powiedziałem na tyle głośno, by to usłyszał i odjechałem do siebie*

Pain:
*Przeżegnałem się a Pastor udzielił mi rozgrzeszenia, krzyki przycichły i bracia byli na tyle daleko od nas że nie słyszeliśmy ich rozmowy. W momencie gdy udzielał mi błogosławieństwa obok bardzo blisko usłyszeliśmy tamten końskich kopyt. "Ty zginiesz" rzucił Indianin którego przyprowadziłem do obozu a mnie i pastorowi zjeżyła się skóra. Odruchowo poderwałem się na równe nogi i spojrzałem za nim, co to miało znaczyć? Duchowny przeżegnał się i zaczął zmawiać pacierz szepcząc że zła się nie ulęknie. Spojrzałem na chłopca pod namiotem, stał nieruchomo zakrywając dłońmi twarz. Co się stało? *

Itachi:
*Wróciłem do siebie i tak byłem rozeźlony na cały świat, że nie byłem w stanie normalnie myśleć. Rzucałem się z miejsca na miejsce zastanawiając się co mam robić. Nie chcę zostawiać brata, ale zostawienie go ze mną też nie jest dobrym pomysłem... ja nie mogę... ta niemoc...*


*~*~*~*


I jak się podoba rozdział?

1 komentarz:

  1. Bardzo się podoba.
    Wakacje wakacjami, ale jednak!
    Czekam na kolejny c:

    OdpowiedzUsuń