Następny rozdział. Wiem, że długo nic nie było, ale wakacje... No i brak ustawienia się na edycję...
*~*~*~*
Itachi:
*Obudziło mnie rżenie konia. Ale tak
mi się nie chciało wstawać. Jeszcze nie do końca obudzony i tylko
w spodniach wdrapałem się na skałę. Przetarłem zaspane oko i
spojrzałem w dal. Zobaczyłem kowboja... Tego kowboja... Czyli
jednak "cudowny lek" zadziałał. Westchnąłem. *
Pain:
Na Boga, zaklinam gdzie tu jest
jakakolwiek żywa dusza...? *Może powinienem powiedzieć "żywy
człowiek" ale czy Indianie są dla Boga ludźmi? Pytanie czy
mają dusze też pozostaje kwestią sporną ale... *
Itachi:
Mnie szukasz? *Zapytałem z góry,
kiedy przejeżdżał obok mnie*
Pain:
*Podniosłem głowę. A jednak Bóg
mnie wysłuchał czyli może jednak czerwonoskórzy nie są mu
obojętni albo tak bardzo kocha zbłąkaną owieczkę w mojej postaci
w co wątpię bo przecież nie jestem świętym aby liczyć na
specjalne łaski. Uśmiechnąłem się do niego szeroko* Jak widać!
*Odkrzyknąłem.* Posłano mnie po ciebie znachorze.
Itachi:
Znachorze... *Mruknąłem pod nosem*
Wystarczy mówić mi po imieniu. *Zeskoczyłem do niego ze skałki.
Nie była wysoka, ale zawsze* Muszę się tylko ubrać i już jadę
*Powiedziałem, otrzepując się z kurzu*
Pain:
A zatem poczekam, Itacszszi... Itachi
*Poprawiłem się mając problemy z wymową jego imienia.*
Itachi:
*Zaśmiałem się pod nosem, ale
minąłem go i wróciłem po swoje rzeczy. Założyłem coś na plecy,
wziąłem torbę, w której były jeszcze rośliny i igły, po czym
wskoczyłem na konia.* No, jedziemy... jak ci tam w ogóle jest?
*Zapytałem*
Pain:
Słucham? *Zapytałem nie wiedząc co
ma na myśli chociaż słyszałem go dobrze bo nasze konie były
blisko siebie*
Itachi:
Jak się nazywasz? Czy to takie trudne
pytanie?
Pain:
No tak... wybacz, pozwól że ci się
przedstawię*Poznałem jego imię chociaż sam nie miałem okazji się
przedstawić, no tak... to nasze szóste spotkanie? Coś koło tego*
Nagato von Wattle pierwszy syn Hieronima Wattle ale możesz mówić
do mnie per Pain.
Itachi:
*Dziwne imię* Nagato... Pain ...
Uhm...
Pain:
*Pokiwałem głową. Dziwnie wymawiał
moje imię, no cóż nie było angielskie ~*
Itachi:
To nie angielskie imię, co?
Pain:
Zgadza się, a Twoje? Rdzennie z tej
okolicy ?
Itachi:
*Pokręciłem głową* Imiona głównej
części plemienia były nadawane z tajemniczej księgi naszego
szamana. *Wzruszyłem ramionami.*
Pain:
Księgi? *To wy piszecie? *
Itachi:
*Kiwnąłem głową* Nie wiadomo skąd
się u nas wzięła, ale była od wielu pokoleń przekazywana. Były w
niej wytłumaczenia dla słów w naszym języku
Pain:
*Podobno najwcześniej na tych wodach
pływali nordycy więc to może ich zasługa? * Jak wygląda wasze
pismo?
Itachi:
Nasze? *Spojrzałem gdzieś w bok* To
takie... Pismo obrazkowe, jak określił to misjonarz.
Pain:
Och, a wiesz czym jest alfabet
runiczny?
Itachi:
...Co?
Pain:
*Pokręciłem głową, nie to
niemożliwe.* To pismo jakim posługiwali się kiedyś mieszkańcy
północnej Europy.
Itachi:
Nie wiem. A wiesz może jak wygląda?
Napisałbyś coś?
Pain:
yh, składa się z prostych kresek
poprzecinanych z sobą.* Nakreśliłem w powietrzu runiczne H z
krzywą deseczką.*
Itachi:
Nie... raczej nie... Tajemnicza księga
miała inne znaki *Nakreśliłem symbol człowieka, który
zapamiętałem*
Pain:
Nie znam tych symboli.
Itachi:
Uhm. Cóż. *Wzruszyłem ramionami*
Podobno moje imię znaczy łasicę, która zwiastuje śmierć. Nie
wiem co to znaczy do końca. Czym są łasice? *Zapytałem go*
Podobno to jakieś zwierzęta, ale misjonarz nie potrafił mi tego
opisać.
Pain:
*Przez długą chwilę głowę
zaprzątała mi błaha myśl że po raz pierwszy widzę go w
rozpuszczonych włosach. Zawsze nosił je związane wysoko rzemieniem
a teraz spływały mu na szczupłe ramiona identyczną prostą
płachtą... yh.. co? Łasica? * To zwierzę podobne do szczura...
tylko że jest drapieżnikiem. Cieniutkie, futerkowe z prostym
puchatym ogonem. Używa się ich do likwidacji szkodników albo jako
zwierzęta domowe.
Itachi:
*A... to ja... Nie ważne. Zrobiło mi
się trochę głupio i dziwnie gorąco* Aha.. *Mruknąłem, odgarniając
kosmyk włosów, który wchodził mi do ust.*
Pain:
*Spojrzałem przed siebie. Byliśmy już
blisko, zostało nam nie więcej niż kilkanaście minut drogi.*
Dlaczego posyłasz brata do Londynu? *Zapytałem nagle.*
Itachi:
On nie może tutaj zostać. Nie
przeżyje tu sam.
Pain:
A wiesz jakie życie będzie mieć
tam...?
Itachi:
Na pewno ciężkie. *Spojrzałem w
niebo.* Ale to lepsze niż życie na stepie, gdzie każdy dzień jest
walką o przetrwanie. On ma w końcu tylko siedem lat.
Pain:
*Pomyślałem że jeżeli dotrze do
starego lądu wyląduje w rynsztoku albo na ulicy... Nikt nie
przyjmie dziecka które wygląda jak mieszanka Hiszpana z
Norwegiem...* Myślisz że kto się nim tam zaopiekuje?
Itachi:
*Zastanowiłem się chwilę. Będzie mu
ciężko, to prawda, ale cóż miał poradzić.* Może znajdzie się
ktoś, kto mu pomoże podnieść się na nogi... *Mruknąłem.*
Pain:
*Kuba rozpruwacz... * Mam nadzieję.
Itachi:
*Wjechaliśmy do osadu białych i
pierwszym co rzuciło mi się w oczy był mój brat, biegający
pomiędzy namiotami* Już mu lepiej *Uśmiechnąłem się na widok brykającego braciszka*
Pain:
Jemu tak, dzisiejszego ranka
pochowaliśmy dwoje naszych.
Itachi:
W takim razie trzeba pomóc reszcie,
nie zważając na waszą wiarę. Inaczej oddacie ich pod ziemię.
*Powiedziałem, zeskakując w pędzie z konia, dalej pokonując trasę
już pieszo.*
Pain:
*Minęliśmy pastora który spoglądał
na nas groźnie. Nie podobała mu się obecność Indianina, a tym
bardziej sposoby jego leczenia. No tak, pastor troszczył się o nasze
dusze nie ciała. *
Itachi:
*Wszedłem do namiotu, od razu życząc
sobie moździerz do zrobienia mazi. Kiedy dostałem to co chciałem,
przysiadłem sobie na wolnym łóżku i zacząłem ubijać odtrutkę.
Gwizdałem sobie przy tym jak gdyby nigdy nic.*
Pain:
*Zostawiłem go tam i wyszedłem przed
namioty wpadając prawie na Pastora. zatrzymał mnie i zaczęliśmy
rozmawiać. *
Itachi:
*Kiedy maź była gotowa, wyciągnąłem
igły z torby i każdą z osobna przygotowałem dla zatrutych.
Oceniłem ilość poszkodowanych i po kolei podchodziłem do każdego,
by wbić mu igłę w rękę. Tak najszybciej maź docierała do
krwi.* Nie krzycz. Mały chłopiec nie krzyczał *Mówiłem każdemu
przytomnemu przed kuracją*
Pain:
*Pastor podzielił się ze mną swoimi
obawami co do szańskich czyli pogańskich metod leczenia przez
Indianina, powiedział że to wbrew woli boskiej i ze wszyscy
ponosimy ten grzech. Wyglądał na zdenerwowanego i odniosłem
wrażenie że nawołuje do pokuty bo sam zaczyna tracić wiarę na
tej przeklętej ziemi i obarcza się wymyślonymi grzechami. Dotknął
mojego ramienia i przysunął się bliżej mówiąc: "Bóg
pozwolił im nas skrzywdzić tą zarazą bo grzeszymy będąc daleko
od domów bożych i ludzie nie widzą znaku Jezusa, zapominają o
jego miłości i że są dziećmi bożymi gdziekolwiek stają ich
nogi. Ty pamiętasz synu, prawda?" Skinąłem głową wiedząc
już do czego zmierza *
Itachi:
*Kiedy skończyłem przeciągnąłem się ziewając. Jeszcze nie do końca się obudziłem. Igły wyrzuciłem.
Nie chcemy kolejnej zarazy. Maź powinna jeszcze się do czegoś
nadać, więc dałem ją jednej z sióstr, by ją zatrzymała i kilka
igieł, jakby ktoś jeszcze zachorował.* Wystarczy trochę nasączyć
i wbić *Powiedziałem jej, po czym opuściłem namiot, ponownie się przeciągając*
Pain:
*Spojrzałem w kierunku Itachiego który
właśnie wyszedł spod białych kap prowizorycznego szpitala i
domyśliłem się że wzrok Pastora poszedł za moim i jakby wyczuł
że chcę jak najszybciej zakończyć naszą rozmowę bo mocniej
ucisnął moje ramię. "Jeżeli podejmiesz się tego zadania
synu musisz być czysty. Wyspowiadaj się." - oznajmił starając się uchwycić mój wzrok. Teraz? Spowiadałem się tydzień temu...
jak każdy tutaj zresztą....*
Itachi:
*Gwizdnąłem na mojego konia. wolałbym
wrócić do siebie już. Jakoś... Atmosfera była tu gęsta. Jednak
po chwili do nogi przyczepił mi się... Sasuke... * Cześć mały
*Przywitałem go, biorąc na ręce*
Sasuke:
*'tachi, Itachi ... był tu! Nareszcie
go znalazłem! Mam go i nie puszczę dopóki mi tego jeszcze raz nie
wytłumaczy. Gdzie jest mama? Dlaczego mnie do nie j nie zabierze!? *
Itachi: ! *Wrzasnąłem mu do ucha gdy tylko mnie podniósł i
złapałem za jego włosy ciągnąc. *
Itachi:
Ał ał ał~! Sasuke! Puść!
*Krzyknąłem, kiedy pociągnął mnie za włosy, ale nie puszczał.
Pogodziłem się z prawdopodobną utratą połowy włosów* Nie mogę zabrać cię do mamy, bo nie. A ty mały, masz się słuchać pana i
nie wyrywać bratu włosów.. Ał!
Sasuke:
'tachi zabierz mnie do domu... proszę
będę już grzeczny ale ja chcę do mamy. Nie zostawiaj mnie tu,
dlaczego kazałeś mi tu zostać... *Przestałem go szarpać i
zagryzłem wargi by nie płakać, jestem przecież mężczyzną.*
Itachi:
Sasuke *Oparłem się czołem o jego
czoło i popatrzyłem mu w oczy.* Musisz stąd wyjechać. Już nigdy
nie zobaczysz mamy, braciszku. Mama odeszła do krainy wiecznych
łowów. *Powiedziałem smutno.*
Sasuke:
*Ból, poczułem ogarniający ból i
strach.* Co Ty mówisz Tachi? A Tata?
Itachi:
Też... *Powiedziałem cicho.* Nie
zdążyłem. Tylko my zostaliśmy *Przytuliłem go do siebie.*
Sasuke:
*Objąłem brata za szyję bardzo mocno
* Nie zostawiaj mnie 'tachi... Nie zostawiaj. *Wyjęczałem zanosząc
się płaczem. * Ja chcę być z tobą... ja nie chcę... nie chcę
tu być.
Itachi:
Sasuke... *Mruknąłem cicho... ale co
ja chcę mu powiedzieć?* Nie mogę cię ze sobą wziąć, braciszku.
Tutaj jesteś bezpieczniejszy *No... prawie* Pojedziesz do Londynu i
tam się zadomowisz...
Pain:
*Usłyszałem płacz chłopca i
spojrzałem na nich przelotnie podczas spowiedzi. Klęczałem przy
pastorze szepcząc mu o wszelkich swoich wymyślnych słabościach a
on pilnował bym skupiał się wyłącznie na tym... *
Sasuke:
'tachi... Ci ludzie nie są dobrzy...
nie możesz mnie tu zostawić, oni kąsają jak węże. Są jak
węże.. Ja pójdę z tobą.
Itachi:
Kąsają? Co masz na myśli? *Głaskałem
go uspokajająco po głowie.*
Sasuke:
*Podwinąłem rękaw koszuli z
drapiącego materiału zwanego lnem i pokazałem mu swoje
posiniaczone przedramiona.* Kłamiesz 'tachi... mam żyje, żyje i
gdyby tu była nie pozwoliła by na to!
Itachi:
*Zacisnąłem rękę* Kto ci to zrobił?
Sasuke:
*Spojrzałem na duchownego z
nienawiścią.*
Itachi:
*Podążyłem za jego wzrokiem i niczym
drapieżnik wpatrzyłem się w tego białasa. Popamięta mnie
jeszcze* Sasuke, czy ktoś jeszcze coś ci zrobił?
Sasuke:
Mrówki mnie pogryzły bo włożyłem
patyk w mrowisko... *Wyznałem z równie płaczliwą miną by tylko
mnie zabrał ze sobą.*
Itachi:
Mrówkom nic nie zrobię *Powiedziałem
sucho* Sasuke, bądź mężczyzną. Pokaż, że jesteś godny by być
nowym wodzem plemienia. Plemienia, które sam odbudujesz, bo moje dni
są już policzone. Pojedziesz do Londynu, a jak dorośniesz założysz
tam rodzinę. Obiecujesz?
Sasuke:
Czemu tak chcesz bym tam jechał?!!
Itachi nie chce do tych białych czemu mnie im oddałeś i czemu
kłamiesz że rodzice nie żyją!?Mówisz tak bym tu został bo
chcesz się mnie pozbyć! Ja nie kocham tych białych którzy niszczą
nasze ziemię jak Ty chcę do domu! *Uraził mnie tym "bądź
mężczyzną" i znowu się rozpłakałem*
Itachi:
Sasuke... *Powiedziałem cicho... Sam
bym się rozpłakał, ale się powstrzymałem.* Nie mogę cię ze
sobą zabrać. gdybym to zrobił, naraziłbym cię na
niebezpieczeństwo. I nie jadę do domu *Opuściłem go na ziemię i
stałem przykucnięty przy nim.* trzymaj się bracie *Powiedziałem i
go mocno przytuliłem*
Sasuke:
*Odepchnąłem go od siebie i włożyłem
w to wszystkie siły.* Zostawiasz mnie tu! Zdradziłeś mnie i
kłamiesz... Nienawidzę cie!
Itachi:
Sasuke... *Powiedziałem cicho, jednak
pokręciłem głową i wszedłem na konia* kiedyś zrozumiesz. Niech
cię Manitou chroni. *Powiedziałem i odjechałem, specjalnie
zahaczając swoją drogą o miejsce niedaleko tego ich duchownego* A
ty zginiesz * powiedziałem na tyle głośno, by to usłyszał i
odjechałem do siebie*
Pain:
*Przeżegnałem się a Pastor udzielił
mi rozgrzeszenia, krzyki przycichły i bracia byli na tyle daleko od
nas że nie słyszeliśmy ich rozmowy. W momencie gdy udzielał mi
błogosławieństwa obok bardzo blisko usłyszeliśmy tamten końskich
kopyt. "Ty zginiesz" rzucił Indianin którego
przyprowadziłem do obozu a mnie i pastorowi zjeżyła się skóra.
Odruchowo poderwałem się na równe nogi i spojrzałem za nim, co to
miało znaczyć? Duchowny przeżegnał się i zaczął zmawiać
pacierz szepcząc że zła się nie ulęknie. Spojrzałem na chłopca
pod namiotem, stał nieruchomo zakrywając dłońmi twarz. Co się
stało? *
Itachi:
*Wróciłem do siebie i tak byłem
rozeźlony na cały świat, że nie byłem w stanie normalnie myśleć.
Rzucałem się z miejsca na miejsce zastanawiając się co mam robić.
Nie chcę zostawiać brata, ale zostawienie go ze mną też nie jest
dobrym pomysłem... ja nie mogę... ta niemoc...*
*~*~*~*
I jak się podoba rozdział?
Bardzo się podoba.
OdpowiedzUsuńWakacje wakacjami, ale jednak!
Czekam na kolejny c: