czwartek, 26 lipca 2012

Kolej żelazna 2.


~Wiem, dawno nie było notki, ale proszę o wybaczenie... Jest za gorąco >.>

Ayano: Itachi mówi tak jak inni, Wiesz... Wszyscy Indiaine mówili "Blade twarze"... Ale co do historii plemienia, to dowiesz się później~~ XD""

A teraz zapraszam na rozdział~~
*~*~*~*

Pain: : *Z dnia na dzień coś się małemu przestawiło i pochłaniał wszystko co podetknęli mu pod nos... przynajmniej tak mówił Skorpion *

Itachi: : *Teraz mogłem już być spokojny o mojego brata. Od czasu do czasu jeszcze kontrolowałem obozowisko bladych twarzy, jednak robiłem to już coraz rzadziej. Częściej oddawałem się polowaniom. Trenowałem swoje umiejętności i już po czterdziestu dniach od wysłania wiadomości do brata, potrafiłem z nożem w ręku zabić bawołu. Wiedziałem, że czas, który mój brat spędzi na naszej ziemi jest coraz krótszy, więc musiałem zrobić dla niego talizman. Talizman, dzięki któremu nie zapomni o życiu tutaj.*

Pain: : *Transport z starego lądu nie dotarł na czas, budowa będzie stać bezczynnie przez następne długie miesiące. Opierałem się o jeden z prowizorycznie postawionych, drewnianych budynków będących strażnicami. Paliłem fajkę i obserwowałem wieczorny pustynny horyzont.*

Itachi: : *Skończyłem talizman dla niego i wyruszyłem do osady białych. Wieczorem byłem już niedaleko ich*

Pain: : *Poderwałem się na równe nogi z strzelbą wycelowaną w ciemny kształt przed sobą.* Stać, kto idzie do cholery?! *Zakrzyknąłem modyfikując troszeczkę służbowe pytanie. Było ciemno wiec mogło stać przede mną równie dobrze zwierzę jak i człowiek. Poruszało się prawie bezszelestnie i gdybym akurat nie spojrzał przypadkiem w tę stronę i nie dostrzegł gęstego skupiska czerni mogło by być źle... czuwaj nade mną najświętsza mateczko*

Itachi: Nie strzelaj, blada twarzo. Nie przyszedłem tu zabić *Oznajmiłem temu, co krzyczał. Czyżby się wystraszył? Rozbawiło mnie to. Skierowałem kroki ku niemu i już po chwili dzieliło nas kilka kroków*

Pain: *Dlaczego nie zabrałem z sobą lampy?? Palec niebezpiecznie mi drgnął na spuście. To że Indianiec powiedział że ma dobre zamiary w ogóle mnie nie uspokoiło. Cofnąłem się w tył unosząc broń na wysokość jego głowy.* Mówiłem byś się nie ruszał!

Itachi: Wybacz *Powiedziałem sucho* Chcę tylko, byś coś przekazał memu bratu *Oznajmiłem* Opuść broń, nic ci nie zrobię.

Pain: *On mówi po angielsku...? Bratu? Dopiero teraz mnie olśniło że to musi być ten zaprzyjaźniony Apacz.*

Itachi: Przekażesz?

Pain: Czemu miałbym to zrobić? To nie moja sprawa.

Itachi: To jest jedynie prośba. *Odparłem.* Nie wiem kiedy zabierzecie go stąd, ale dziś przyszedł czas na jego dorosłość, więc przekaż mu to. *Wyciągnąłem w jego kierunku zawiniątko z amuletem.*

Pain: *Wziąłem od niego przedmiot i poczułem pod materiałem niewielką twardość* Powtarzam że nic mnie to nie obchodzi. *Cokolwiek to było bez trudu połamałem w dłoni sądząc po trzaskach... na wiele kawałków.*

Itachi: *Usłyszałem trzask. Moje ciało samo się poruszyło. Jego strzelba opadła na ziemię a moje ręce unieruchomiły go.* Nie wybaczę zbezczeszczenia.* mruknąłem mu do ucha.*

Pain: Jeżeli coś mi zrobisz twój... brat zostanie zarżnięty jak cielak... *Wysyczałem krzywiąc się z bólu. Jak człowiek może być tak niesamowicie szybki? *

Itachi: *Puściłem go i odsunąłem się trochę od niego* I tak ci nie wybaczę *Powiedziałem i zniknąłem z tego miejsca szybciej, niż tu przybyłem.*

Pain: *Podniosłem broń i przetarłem obolałe nadgarstki... kiedyś go zastrzelę... Bóg mi dopomóż.*

Itachi: *Dwa dni później udało mi się podrzucić talizman niepostrzeżenie bratu w środku nocy. Nikt mnie nie zauważył. Upewniłem się. Teraz czekałem już tylko aż Sasuke wyjedzie tam daleko.*

*~*~*

Pain: *Tego ranka niespodziewanie napadli na nas Indianie. Połowa obozu stawiła się do walki bez umundurowania. Czerwonoskórzy zabili niewielu naszych robotników. Kiedy już podsumowywaliśmy straty... Wyszło jednak mnóstwo amunicji a martwych i poszarpanych śrutem ciał nie miał kto zbierać. I tak moja broń przeżyła chrzest chociaż inaczej sobie to wyobrażałem.*

Itachi: *Szoszoni zaatakowali ich. Obserwowałem to z ukrycia. Miałem nadzieję, że obronili mojego brata. Powinni. Widziałem tą chęć mordu w wielu oczach. Oni nie wiedzą co czynią.*

Pain: *Wysłano mnie z Skorpionem na zwiad. Cholera... Dlaczego my? *

Itachi: *Byłem w dobrej odległości od obozowiska. Rozpaliłem sobie ognisko i zacząłem robić jedzenie. Mięso smażyło się a ja leżałem obok leniąc się troszeczkę. W końcu dzień był przepiękny.*

Pain: *Znaleźliśmy garść niedobitków. Przechyliłem głowę na bok strzelając do nich na przemian z Skorpionem. Zahuczało mi w głowie, a jeden z czerwonoskórych prawie wbił kościany nóż w moją łydkę.*

Itachi: *Usłyszałem strzelaninę. Sprawdziłem, czy mięso jest gotowe ale nie dosmażyło się jeszcze. Wstałem i podszedłem do skały, na którą się wdrapałem, by się rozejrzeć. dwójka bladych twarzy walczyła z Szoszonami. Ciekawie to wyglądało*

Pain: *Zakląłem gdy dzikus który próbował mnie zaatakować dźgnął konia. Ściągnąłem mocno rzemienie i z ledwością utrzymałem się w siodle. Skorpion zakrzyknął obok by uciekać ale w kanionie wystawilibyśmy się w ten sposób na ostrzał z ich łuków które były równie celne choć nie tak śmiercionośne jak strzelby. Nagle zrobiło się ich jakby... więcej?*

Itachi: *Szoszoni zapędzili ich w kozi róg. Zacząłem się zastanawiać, komu pomóc? Czy może zostać i nic nie robić? Nie lubiłem tych białych, ale Szoszonów nienawidziłem jeszcze bardziej. Zdecydowałem. W mgnieniu oka zeskoczyłem ze skały i znalazłem się przy szoszonach. Każdy kolejny tracił kontakt z rzeczywistaścią zanim mnie zauważył*

Pain: *Odwróciłem się by spojrzeć na Sasoriego który właśnie zwalił się z konia trafiony jedną z strzał a kiedy na powrót widziałem wroga nie byliśmy już sami. Rozglądałem się jak spłoszone zwierzę i dopiero po chwili dotarło do mnie że Czerwoni uciekają. Zobaczyłem bladego Indianina i zrozumiałem że nam pomógł i uratował życie... to znaczy mnie bo nie wiedziałem co z Sasorim. Zeskoczyłem z siodła i przypadłem do niego by sprawdzić w jakim jest stanie.*

Itachi: *Szoszoni uciekli. Spojrzałem przelotnie na białych, po czym zacząłem wracać do siebie. W końcu mój obiad czeka. Nie chciałbym, aby się przypalił, a z nimi też nie mam co gadać.*

Pain: Dziękuję! *Rzuciłem za Indianinem. Sasoriemu nie mogłem już pomóc. Umierał. Dotknąłem łańcuszka z krzyżem na swojej szyi. Patrzył na mnie tracąc zmysły a ja modliłem się do Boga by nie pozwolił mu już cierpieć i objął jak syna w tym lepszym świecie, kto jak kto ale on na to zasługiwał... Chociaż nie ja tu decyduję. *

Itachi: *Nie obejrzałem sie już. Ten jego przyjaciel odchodził na drugą stronę. Szedł do swojego boga. Złapałem jeden z wisiorków na szyi i odmówiłem formułę, którą prowadzi się zmarłych na drugą stronę. Niech przejdzie bez bólu*

Pain: *Jego klacz spłoszyła się wiec wciągnąłem ciało Skorpiona na swojego konia. Potrzebował pogrzebu. To było nieprzyjemne. Indianie zemścili się, a ja zyskałem dług u jednego z nich.*

Itachi: *Kiedy wróciłem i zdjąłem mięso z ognia, jakoś przeszła mi ochota na jedzenie. Zawinąłem w jakiś materiał pożywienie i położyłem się, patrząc w niebo. Ile jeszcze dni będę musiał czekać aż Sasuke wyjedzie? Tydzień? Miesiąc? Rok? Ile czasu by to nie było muszę czekać.*

*~*~*

Pain: *Pochowaliśmy Skorpiona następnego dnia. Pastor wygłosił długie przemówienie którego wysłuchaliśmy w ciszy. Obok mnie stał blondyn z długimi włosami związanymi kawałkiem czarnej wstążki. Zasłaniał twarz dłonią ale wydało mi się że wstrząsa nim szloch. Sam nie znałem Skorpiona aż tak dobrze by go opłakiwać. W tłumie stał nawet mały blady Indianin z buzią mokrą od łez. Sasori też musiał mu być bliski. Poza tą dwójką wszyscy zachowywali powagę.*

Itachi: *Z daleka obserwowałem grzebanie tego czerwonowłosego. Nie widziałem wszystkiego dokładnie, ale sam fakt mi wystarczył. Kiedy obrządki się skończyły pojechałem konno po zapasy wody. W końcu było trzeba je uzupełnić*

Pain: *Zebrałem niewielki zapas żywności i konno opuściłem obozowisko. Chciałem znaleźć białoskórego Indianina musiał być gdzieś w pobliżu...*

Itachi: *Nad rzeką odświeżyłem się. Umyłem włosy i od razu poczułem się lepiej. Tak. Gorąco doskwierało czasami. Zebrałem wodę do naczynia i wróciłem do szałasu. Wybrałem idealne miejsce na obozowisko*

Pain: *Kilkukrotnie objechałem pobliski teren ale nie znalazłem żadnych śladów jego bytności... nie wiem właściwie czego sie spodziewałem. Jak mam go szukać?*

Itachi: *Rozpaliłem ognisko by odgrzać sobie jedzenie i przy okazji podsuszyć ubranie, które było jeszcze trochę mokre. Do wieczora już dużo czasu nie zostało, a noce potrafiły nieźle dopiec. Położyłem się na plecach i zamknąłem oczy. Zacząłem sobie wspominać miłe chwile w moim życiu.*

Pain: *Podczas drogi powrotnej dostrzegłem na jednej z skał cieniutka smugę dymu. Popędziłem konia w tym kierunku. *

Itachi: *Musiałem się zdrzemnąć chwilę, jednak przebudziłem się słysząc tętent konia. Zerwałem się i ściągnąłem mięso z ognia. Na szczęście nie przypaliło się. Rozpoznałem konia tego białego człowieka z jaskrawym kolorem włosów. Czego on chciał?*

Pain: Hej ty, *Zawahałem się, miałem nadzieję że śpi.*

Itachi: *Spojrzałem w jego kierunku i ugryzłem jednocześnie kawałek mięsa. Pyszne~* Czego tu szukasz, biały człowieku?

Pain: *Jak już zna angielski to przynajmniej mógłby się wyrażać w cywilizowany sposób.* Pomyślałem że możesz być ciekaw kiedy twój brat opuści to miejsce...

Itachi: *Zaciekawiło mnie, choć nie dałem tego po sobie poznać* Wyjawisz mi tą wiadomość?

Pain: Za dwa miesiące, w przybliżeniu za tyle przybędzie jacht z naszym zaopatrzeniem. Sasuke... *Przypomniałem sobie jak Skorpion nauczył mnie wypowiadać to imię* wróci z nimi do Londynu. To wielkie miasto białych. *Wyjaśniłem bo przecież mógł nie wiedzieć co mam na myśli. Oni nie znają miast, nie? *

Itachi: *Kiwnąłem głową i usiadłem na ziemi. Raczej nie będzie mnie atakował.* Wiem, czym jest Londyn. widziałem mapy tej osady *Powiedziałem, podgryzając od czasu do czasu swój obiad*

Pain: To nie jest osada, to miasto. Są tam domy z kamienia rozmiarów tych gór. *Wskazałem pobliskie wzniesienie skalne. Zszedłem z konia. *

Itachi: Tak, tak, wiem *Mruknąłem. To, że powiedziałem osada, to chyba nie jest takie ważne. Ważne, że to było duże... jak na skalę mapy.* Nie jestem idiotą *Dodałem*

Pain: Skąd o tym wiesz? *Zaciekawił mnie* Nie powinieneś... Skąd w ogóle znasz angielski?

Itachi: Od tego, kto uczył mnie angielskiego

Pain: Kto to był?

Itachi: Nazywał się Martin i przybył do naszej osady jak miałem pięć wiosen. Zmarł dwie wiosny temu *Powiedziałem*

Pain: Żołnierz, podróżnik, kolonista? *Przykucnąłem na przeciw niego.*

Itachi: Misjonarz.

Pain: *Zadziwiające. Pokiwałem głową. Po tej krótkiej odpowiedzi zrozumiałem że niekoniecznie chce ze mną rozmawiać, był niebezpieczny i głupotą byłoby się narzucać ale... * Dlaczego nam pomogłeś?

Itachi: *Wzruszyłem ramionami. Nie wiem. Wziąłem nóż i odciąłem mięso z patyka. Łatwiej zjeść*

Pain: Rozumiem. Jeżeli to coś dla ciebie znaczy to przepraszam za zniszczenie prezentu jaki chciałeś dać bratu. *Zbył mnie, to uderzyło w moją brytyjską dumę. Podniosłem się, ciekawiło mnie czy mordowanie swoich pobratymców to ich zwyczaj kulturowy ale wystarczy ze wypytałem go o znajomość angielskiego... to juz mogło byc ryzykowne. Podniosłem się.*

Itachi: *Zmrużyłem oczy patrząc na niego* Dostał już swój prezent. Spóźniony ale zawsze* powiedziałem, znów gryząc kawałek mięsa.*

Pain: Mimo to, w ramach tych przeprosin przyjmiesz coś w zamian ode mnie?

Itachi: Cóż miałbyś mi ofiarować? *Zdziwiłem się w myślach.*

Pain: Wyciągnij otwartą dłoń.

Itachi: *Wytarłem rękę z resztek jedzenia i wyciągnąłem niepewnie rękę przed siebie. Mój obiad się skończył.*

Pain: *Położyłem mu na dłoni wąską złotą obrączkę.*Nie byłem dobry w podniosłych słowach ale wdzięczność za uratowanie życia chyba tego wymaga... * To też jest prezent który nigdy nie dotarł do rąk swojego właściciela podobnie jak to co zniszczyłem.

Itachi: *Spojrzałem na krążek na mojej ręce* Co to jest?

Pain: Obrączka, coś w rodzaju takiego ym... talizmanu. *Wymyśliłem na poczekaniu. nie musiał tego rozumieć grunt że ja wiedziałem jak bardzo brat był dla niego ważny, a Bóg wie, że miałem dobre zamiary przepraszając go teraz.*

Itachi: *Zamknąłem dłoń* Kto miał ją otrzymać? *Zapytałem. Dobrze było wiedzieć czasem takie rzeczy.*

Pain: przyjaciółka, *Wdrapałem się na grzbiet konia.*

Itachi: *Kiwnąłem głową w zrozumieniu. Po chwili jeszcze zapytałem go.* Czy Sasuke uczy się czegoś u was? *To pytanie nurtowało mnie od jakiegoś czasu.*

Pain: Tak, zajmuje się nim pastor z tego co wiem.

Itachi: Dużo już umie waszego języka?

Pain: W zasadzie przez te kilka miesięcy będzie mówił już prawie płynnie.

Itachi: Cieszę się *Uśmiechnąłem się lekko. Młody uczy się szybko.*

Pain: *Skinąłem mu głową* A zatem spokojnej nocy.

Itachi: Nawzajem *Powiedziałem podnosząc wolna rękę w geście pożegnania, jak nakazywał zwyczaj*

Pain: *Wróciłem do obozowiska późno i długowłosy blondyn prawie mnie zastrzelił.*

Itachi: *Przyglądałem się obrączce, którą dał mi w ramach przeprosin ten biały człowiek. Cóż mógł znaczyć ten krążek złota? Misjonarz wspominał chyba, że takie obrączki noszą ludzie, którzy się ze sobą pobierają. Czyli ta przyjaciółka była jego narzeczoną? Coś się musiało stać, że jej nie dał tej obrączki. Z tymi myślami zasnąłem.*

1 komentarz: