~Wiem, dawno nie było notki, ale proszę o wybaczenie... Jest za gorąco >.>
Ayano: Itachi mówi tak jak inni, Wiesz... Wszyscy Indiaine mówili "Blade twarze"... Ale co do historii plemienia, to dowiesz się później~~ XD""
A teraz zapraszam na rozdział~~
*~*~*~*
Pain: : *Z dnia na dzień coś się
małemu przestawiło i pochłaniał wszystko co podetknęli mu pod
nos... przynajmniej tak mówił Skorpion *
Itachi: : *Teraz mogłem już być
spokojny o mojego brata. Od czasu do czasu jeszcze kontrolowałem
obozowisko bladych twarzy, jednak robiłem to już coraz rzadziej.
Częściej oddawałem się polowaniom. Trenowałem swoje umiejętności
i już po czterdziestu dniach od wysłania wiadomości do brata,
potrafiłem z nożem w ręku zabić bawołu. Wiedziałem, że czas,
który mój brat spędzi na naszej ziemi jest coraz krótszy, więc
musiałem zrobić dla niego talizman. Talizman, dzięki któremu nie
zapomni o życiu tutaj.*
Pain: : *Transport z starego lądu nie
dotarł na czas, budowa będzie stać bezczynnie przez następne
długie miesiące. Opierałem się o jeden z prowizorycznie
postawionych, drewnianych budynków będących strażnicami. Paliłem
fajkę i obserwowałem wieczorny pustynny horyzont.*
Itachi: : *Skończyłem talizman dla
niego i wyruszyłem do osady białych. Wieczorem byłem już
niedaleko ich*
Pain: : *Poderwałem się na równe nogi
z strzelbą wycelowaną w ciemny kształt przed sobą.* Stać, kto
idzie do cholery?! *Zakrzyknąłem modyfikując troszeczkę służbowe
pytanie. Było ciemno wiec mogło stać przede mną równie dobrze
zwierzę jak i człowiek. Poruszało się prawie bezszelestnie i
gdybym akurat nie spojrzał przypadkiem w tę stronę i nie dostrzegł
gęstego skupiska czerni mogło by być źle... czuwaj nade mną
najświętsza mateczko*
Itachi: Nie strzelaj, blada twarzo. Nie
przyszedłem tu zabić *Oznajmiłem temu, co krzyczał. Czyżby się
wystraszył? Rozbawiło mnie to. Skierowałem kroki ku niemu i już
po chwili dzieliło nas kilka kroków*
Pain: *Dlaczego nie zabrałem z sobą
lampy?? Palec niebezpiecznie mi drgnął na spuście. To że
Indianiec powiedział że ma dobre zamiary w ogóle mnie nie
uspokoiło. Cofnąłem się w tył unosząc broń na wysokość jego
głowy.* Mówiłem byś się nie ruszał!
Itachi: Wybacz *Powiedziałem sucho*
Chcę tylko, byś coś przekazał memu bratu *Oznajmiłem* Opuść
broń, nic ci nie zrobię.
Pain: *On mówi po angielsku...? Bratu?
Dopiero teraz mnie olśniło że to musi być ten zaprzyjaźniony
Apacz.*
Itachi: Przekażesz?
Pain: Czemu miałbym to zrobić? To nie
moja sprawa.
Itachi: To jest jedynie prośba.
*Odparłem.* Nie wiem kiedy zabierzecie go stąd, ale dziś przyszedł
czas na jego dorosłość, więc przekaż mu to. *Wyciągnąłem w
jego kierunku zawiniątko z amuletem.*
Pain: *Wziąłem od niego przedmiot i
poczułem pod materiałem niewielką twardość* Powtarzam że nic
mnie to nie obchodzi. *Cokolwiek to było bez trudu połamałem w
dłoni sądząc po trzaskach... na wiele kawałków.*
Itachi: *Usłyszałem trzask. Moje
ciało samo się poruszyło. Jego strzelba opadła na ziemię a moje
ręce unieruchomiły go.* Nie wybaczę zbezczeszczenia.* mruknąłem
mu do ucha.*
Pain: Jeżeli coś mi zrobisz twój...
brat zostanie zarżnięty jak cielak... *Wysyczałem krzywiąc się z
bólu. Jak człowiek może być tak niesamowicie szybki? *
Itachi: *Puściłem go i odsunąłem
się trochę od niego* I tak ci nie wybaczę *Powiedziałem i
zniknąłem z tego miejsca szybciej, niż tu przybyłem.*
Pain: *Podniosłem broń i przetarłem
obolałe nadgarstki... kiedyś go zastrzelę... Bóg mi dopomóż.*
Itachi: *Dwa dni później udało mi
się podrzucić talizman niepostrzeżenie bratu w środku nocy. Nikt
mnie nie zauważył. Upewniłem się. Teraz czekałem już tylko aż
Sasuke wyjedzie tam daleko.*
*~*~*
Pain: *Tego ranka niespodziewanie
napadli na nas Indianie. Połowa obozu stawiła się do walki bez
umundurowania. Czerwonoskórzy zabili niewielu naszych robotników.
Kiedy już podsumowywaliśmy straty... Wyszło jednak mnóstwo
amunicji a martwych i poszarpanych śrutem ciał nie miał kto
zbierać. I tak moja broń przeżyła chrzest chociaż inaczej sobie
to wyobrażałem.*
Itachi: *Szoszoni zaatakowali ich.
Obserwowałem to z ukrycia. Miałem nadzieję, że obronili mojego
brata. Powinni. Widziałem tą chęć mordu w wielu oczach. Oni nie
wiedzą co czynią.*
Pain: *Wysłano mnie z Skorpionem na
zwiad. Cholera... Dlaczego my? *
Itachi: *Byłem w dobrej odległości od
obozowiska. Rozpaliłem sobie ognisko i zacząłem robić jedzenie.
Mięso smażyło się a ja leżałem obok leniąc się troszeczkę. W
końcu dzień był przepiękny.*
Pain: *Znaleźliśmy garść
niedobitków. Przechyliłem głowę na bok strzelając do nich na
przemian z Skorpionem. Zahuczało mi w głowie, a jeden z
czerwonoskórych prawie wbił kościany nóż w moją łydkę.*
Itachi: *Usłyszałem strzelaninę.
Sprawdziłem, czy mięso jest gotowe ale nie dosmażyło się
jeszcze. Wstałem i podszedłem do skały, na którą się wdrapałem,
by się rozejrzeć. dwójka bladych twarzy walczyła z Szoszonami.
Ciekawie to wyglądało*
Pain: *Zakląłem gdy dzikus który
próbował mnie zaatakować dźgnął konia. Ściągnąłem mocno
rzemienie i z ledwością utrzymałem się w siodle. Skorpion
zakrzyknął obok by uciekać ale w kanionie wystawilibyśmy się w
ten sposób na ostrzał z ich łuków które były równie celne choć nie tak śmiercionośne jak strzelby. Nagle zrobiło się ich
jakby... więcej?*
Itachi: *Szoszoni zapędzili ich w kozi
róg. Zacząłem się zastanawiać, komu pomóc? Czy może zostać i
nic nie robić? Nie lubiłem tych białych, ale Szoszonów
nienawidziłem jeszcze bardziej. Zdecydowałem. W mgnieniu oka
zeskoczyłem ze skały i znalazłem się przy szoszonach. Każdy
kolejny tracił kontakt z rzeczywistaścią zanim mnie zauważył*
Pain: *Odwróciłem się by spojrzeć
na Sasoriego który właśnie zwalił się z konia trafiony jedną z
strzał a kiedy na powrót widziałem wroga nie byliśmy już sami.
Rozglądałem się jak spłoszone zwierzę i dopiero po chwili
dotarło do mnie że Czerwoni uciekają. Zobaczyłem bladego
Indianina i zrozumiałem że nam pomógł i uratował życie... to
znaczy mnie bo nie wiedziałem co z Sasorim. Zeskoczyłem z siodła i
przypadłem do niego by sprawdzić w jakim jest stanie.*
Itachi: *Szoszoni uciekli. Spojrzałem
przelotnie na białych, po czym zacząłem wracać do siebie. W końcu
mój obiad czeka. Nie chciałbym, aby się przypalił, a z nimi też
nie mam co gadać.*
Pain: Dziękuję! *Rzuciłem za
Indianinem. Sasoriemu nie mogłem już pomóc. Umierał. Dotknąłem
łańcuszka z krzyżem na swojej szyi. Patrzył na mnie tracąc
zmysły a ja modliłem się do Boga by nie pozwolił mu już cierpieć
i objął jak syna w tym lepszym świecie, kto jak kto ale on na to
zasługiwał... Chociaż nie ja tu decyduję. *
Itachi: *Nie obejrzałem sie już. Ten
jego przyjaciel odchodził na drugą stronę. Szedł do swojego boga.
Złapałem jeden z wisiorków na szyi i odmówiłem formułę, którą
prowadzi się zmarłych na drugą stronę. Niech przejdzie bez bólu*
Pain: *Jego klacz spłoszyła się wiec
wciągnąłem ciało Skorpiona na swojego konia. Potrzebował
pogrzebu. To było nieprzyjemne. Indianie zemścili się, a ja
zyskałem dług u jednego z nich.*
Itachi: *Kiedy wróciłem i zdjąłem
mięso z ognia, jakoś przeszła mi ochota na jedzenie. Zawinąłem w
jakiś materiał pożywienie i położyłem się, patrząc w niebo.
Ile jeszcze dni będę musiał czekać aż Sasuke wyjedzie? Tydzień?
Miesiąc? Rok? Ile czasu by to nie było muszę czekać.*
*~*~*
Pain: *Pochowaliśmy Skorpiona
następnego dnia. Pastor wygłosił długie przemówienie którego
wysłuchaliśmy w ciszy. Obok mnie stał blondyn z długimi włosami
związanymi kawałkiem czarnej wstążki. Zasłaniał twarz dłonią
ale wydało mi się że wstrząsa nim szloch. Sam nie znałem
Skorpiona aż tak dobrze by go opłakiwać. W tłumie stał nawet
mały blady Indianin z buzią mokrą od łez. Sasori też musiał mu
być bliski. Poza tą dwójką wszyscy zachowywali powagę.*
Itachi: *Z daleka obserwowałem
grzebanie tego czerwonowłosego. Nie widziałem wszystkiego
dokładnie, ale sam fakt mi wystarczył. Kiedy obrządki się
skończyły pojechałem konno po zapasy wody. W końcu było trzeba je
uzupełnić*
Pain: *Zebrałem niewielki zapas
żywności i konno opuściłem obozowisko. Chciałem znaleźć
białoskórego Indianina musiał być gdzieś w pobliżu...*
Itachi: *Nad rzeką odświeżyłem się.
Umyłem włosy i od razu poczułem się lepiej. Tak. Gorąco
doskwierało czasami. Zebrałem wodę do naczynia i wróciłem do
szałasu. Wybrałem idealne miejsce na obozowisko*
Pain: *Kilkukrotnie objechałem
pobliski teren ale nie znalazłem żadnych śladów jego bytności...
nie wiem właściwie czego sie spodziewałem. Jak mam go szukać?*
Itachi: *Rozpaliłem ognisko by odgrzać
sobie jedzenie i przy okazji podsuszyć ubranie, które było jeszcze
trochę mokre. Do wieczora już dużo czasu nie zostało, a noce
potrafiły nieźle dopiec. Położyłem się na plecach i zamknąłem
oczy. Zacząłem sobie wspominać miłe chwile w moim życiu.*
Pain: *Podczas drogi powrotnej
dostrzegłem na jednej z skał cieniutka smugę dymu. Popędziłem
konia w tym kierunku. *
Itachi: *Musiałem się zdrzemnąć
chwilę, jednak przebudziłem się słysząc tętent konia. Zerwałem
się i ściągnąłem mięso z ognia. Na szczęście nie przypaliło
się. Rozpoznałem konia tego białego człowieka z jaskrawym kolorem
włosów. Czego on chciał?*
Pain: Hej ty, *Zawahałem się, miałem
nadzieję że śpi.*
Itachi: *Spojrzałem w jego kierunku i
ugryzłem jednocześnie kawałek mięsa. Pyszne~* Czego tu szukasz,
biały człowieku?
Pain: *Jak już zna angielski to
przynajmniej mógłby się wyrażać w cywilizowany sposób.*
Pomyślałem że możesz być ciekaw kiedy twój brat opuści to
miejsce...
Itachi: *Zaciekawiło mnie, choć nie
dałem tego po sobie poznać* Wyjawisz mi tą wiadomość?
Pain: Za dwa miesiące, w przybliżeniu
za tyle przybędzie jacht z naszym zaopatrzeniem. Sasuke...
*Przypomniałem sobie jak Skorpion nauczył mnie wypowiadać to imię*
wróci z nimi do Londynu. To wielkie miasto białych. *Wyjaśniłem
bo przecież mógł nie wiedzieć co mam na myśli. Oni nie znają
miast, nie? *
Itachi: *Kiwnąłem głową i usiadłem
na ziemi. Raczej nie będzie mnie atakował.* Wiem, czym jest Londyn.
widziałem mapy tej osady *Powiedziałem, podgryzając od czasu do
czasu swój obiad*
Pain: To nie jest osada, to miasto. Są
tam domy z kamienia rozmiarów tych gór. *Wskazałem pobliskie
wzniesienie skalne. Zszedłem z konia. *
Itachi: Tak, tak, wiem *Mruknąłem. To,
że powiedziałem osada, to chyba nie jest takie ważne. Ważne, że
to było duże... jak na skalę mapy.* Nie jestem idiotą *Dodałem*
Pain: Skąd o tym wiesz? *Zaciekawił
mnie* Nie powinieneś... Skąd w ogóle znasz angielski?
Itachi: Od tego, kto uczył mnie
angielskiego
Pain: Kto to był?
Itachi: Nazywał się Martin i przybył
do naszej osady jak miałem pięć wiosen. Zmarł dwie wiosny temu
*Powiedziałem*
Pain: Żołnierz, podróżnik,
kolonista? *Przykucnąłem na przeciw niego.*
Itachi: Misjonarz.
Pain: *Zadziwiające. Pokiwałem głową.
Po tej krótkiej odpowiedzi zrozumiałem że niekoniecznie chce ze
mną rozmawiać, był niebezpieczny i głupotą byłoby się narzucać
ale... * Dlaczego nam pomogłeś?
Itachi: *Wzruszyłem ramionami. Nie
wiem. Wziąłem nóż i odciąłem mięso z patyka. Łatwiej zjeść*
Pain: Rozumiem. Jeżeli to coś dla
ciebie znaczy to przepraszam za zniszczenie prezentu jaki chciałeś
dać bratu. *Zbył mnie, to uderzyło w moją brytyjską dumę.
Podniosłem się, ciekawiło mnie czy mordowanie swoich pobratymców
to ich zwyczaj kulturowy ale wystarczy ze wypytałem go o znajomość
angielskiego... to juz mogło byc ryzykowne. Podniosłem się.*
Itachi: *Zmrużyłem oczy patrząc na
niego* Dostał już swój prezent. Spóźniony ale zawsze*
powiedziałem, znów gryząc kawałek mięsa.*
Pain: Mimo to, w ramach tych przeprosin
przyjmiesz coś w zamian ode mnie?
Itachi: Cóż miałbyś mi ofiarować?
*Zdziwiłem się w myślach.*
Pain: Wyciągnij otwartą dłoń.
Itachi: *Wytarłem rękę z resztek
jedzenia i wyciągnąłem niepewnie rękę przed siebie. Mój obiad
się skończył.*
Pain: *Położyłem mu na dłoni wąską
złotą obrączkę.*Nie byłem dobry w podniosłych słowach ale
wdzięczność za uratowanie życia chyba tego wymaga... * To też
jest prezent który nigdy nie dotarł do rąk swojego właściciela
podobnie jak to co zniszczyłem.
Itachi: *Spojrzałem na krążek na
mojej ręce* Co to jest?
Pain: Obrączka, coś w rodzaju takiego
ym... talizmanu. *Wymyśliłem na poczekaniu. nie musiał tego
rozumieć grunt że ja wiedziałem jak bardzo brat był dla niego
ważny, a Bóg wie, że miałem dobre zamiary przepraszając go
teraz.*
Itachi: *Zamknąłem dłoń* Kto miał
ją otrzymać? *Zapytałem. Dobrze było wiedzieć czasem takie
rzeczy.*
Pain: przyjaciółka, *Wdrapałem się
na grzbiet konia.*
Itachi: *Kiwnąłem głową w
zrozumieniu. Po chwili jeszcze zapytałem go.* Czy Sasuke uczy się
czegoś u was? *To pytanie nurtowało mnie od jakiegoś czasu.*
Pain: Tak, zajmuje się nim pastor z
tego co wiem.
Itachi: Dużo już umie waszego języka?
Pain: W zasadzie przez te kilka
miesięcy będzie mówił już prawie płynnie.
Itachi: Cieszę się *Uśmiechnąłem
się lekko. Młody uczy się szybko.*
Pain: *Skinąłem mu głową* A zatem
spokojnej nocy.
Itachi: Nawzajem *Powiedziałem
podnosząc wolna rękę w geście pożegnania, jak nakazywał
zwyczaj*
Pain: *Wróciłem do obozowiska późno
i długowłosy blondyn prawie mnie zastrzelił.*
Itachi: *Przyglądałem się obrączce,
którą dał mi w ramach przeprosin ten biały człowiek. Cóż mógł
znaczyć ten krążek złota? Misjonarz wspominał chyba, że takie
obrączki noszą ludzie, którzy się ze sobą pobierają. Czyli ta
przyjaciółka była jego narzeczoną? Coś się musiało stać, że
jej nie dał tej obrączki. Z tymi myślami zasnąłem.*
Czekam na kolejny.
OdpowiedzUsuń